
|
|||||||
| Hyde Park (moderowane) Pokój również moderowany, jednak tu nie trzeba mówić o piłce nożnej i kibicowaniu. Chcecie pogadać o czymś "niepiłkarskim" - wejdźcie tutaj. |
|
|
Narzędzia tematu | Tryby wyświetlania |
|
konserwa
Od: 06.2004
Skąd: STRUSIA NH
Offline |
#11
|
Pytanie wydaje mi się zasadne w kontekście kwestii, jakie padły choćby w wywiadzie Giertycha dla Wybiórczej, którego fragment pozwolę sobie przytoczyć: "[...] PiS wróci? - Część Polaków zawsze tęskniła za silną władzą. Raz mniej, raz bardziej. Takim momentem był 2006 r., stąd wzięła się moja bliska współpraca z PO, z Donaldem Tuskiem. Myśmy wtedy obalili próbę konstytucyjnego zamachu stanu, który robił Lech z Jarosławem Kaczyńskim. A może zazdrościł pan Kaczyńskiemu silnej władzy? Sam pan się kreował na szeryfa w MEN - ubrał pan uczniów w mundurki, wprowadził surową dyscyplinę, strach pomyśleć, co by było, gdyby został pan premierem. - Polska byłaby konserwatywno-liberalna i prawdziwie demokratyczna. I nikt poza przestępcami nie bałby się wymiaru sprawiedliwości. Akurat. Wróćmy do tego konstytucyjnego zamach stanu, co to było? - Próba doprowadzenia do zmiany władzy przy wykorzystaniu konstytucyjnych instrumentów, ale wbrew duchowi prawa. PiS próbował na początku 2006 r. doprowadzić do przyspieszonych wyborów, grając terminami ustawy budżetowej. Nawiasem mówiąc, orędownikiem tej próby był mój przyjaciel Michał Kamiński. Pięć klubów się temu sprzeciwiało: PO, SLD, Samoobrona, PSL i my. Myśmy wtedy okupowali salę posiedzeń w Sejmie, dyżury mieliśmy, bo baliśmy się, że zamkną ją na klucz. Myśmy mieli już dogadanego nowego marszałka, Bronisława Komorowskiego, miał być przegłosowany przez 300 posłów, ale trochę wbrew procedurze... Wszystko w panice przed wyborami. - Tak, nie ukrywam. PiS miał wtedy w sondażach pod 50 proc. Myśmy wszyscy wiedzieli, że po wyborach mieliby większość w Senacie i w Sejmie. Przy prezydencie Lechu Kaczyńskim oznaczało to władzę totalną. W którymś momencie wicemarszałek Marek Kotlinowski z LPR odmówił oddania obrad marszałkowi Sejmu Markowi Jurkowi. Zostałem wtedy wydelegowany do rozmów z Jarosławem Kaczyńskim. Miałem z nim wiele trudnych rozmów, ale ta była najtrudniejsza. On mówi do mnie: - Panowie, będziecie odpowiadali za to naruszenie konstytucji. To próba zamachu stanu, za to grozi 10 lat. Ja na to: - Większość sejmowa ma w tej sprawie inne zdanie. A panowie próbujecie kuglować terminami budżetowymi, żeby doprowadzić do wyborów wbrew konstytucji. On mi odpowiedział: - Prezydent rozwiąże parlament, będą wybory, wyborcy pana zweryfikują. I wtedy powiedziałem mu coś, co, myślę, go złamało: - Panie prezesie, nowy rząd powołany zaraz po powołaniu nowego marszałka nie wydrukuje żadnego nielegalnego postanowienia o rozwiązaniu Sejmu. I co? - Powiedział: "Niech pan poczeka chwilę". Wyszedł, długo go nie było, pewnie dzwonił do Lecha. Ustąpił. Miesiąc później znów się zawahał, znów było blisko rozwiązania Sejmu z powodu budżetu. Nie poszedł na to. Myślę, że dlatego, że przeciw był o. Tadeusz Rydzyk, a po drugie bał się, że jak coś pójdzie nie tak, to nowa większość zacznie impeachment prezydenta. To był chyba największy błąd Jarosława. Kiedy się panu tak przestawiło, że PiS to wróg? - Nigdy nie byłem sojusznikiem PiS. To ja doprowadziłem jego rząd do upadku. Był pan jego koalicjantem. - W 2005 r. byłem pewien, że będzie PO-PiS, a my będziemy budować opozycję i czekać na swój czas. Gdy Donald, pamiętam ten Konwent Seniorów, przyszedł i powiedział, że nie wchodzi do rządu i będą tylko pozorować koalicyjne rozmowy, to mi się świat zachwiał. Miałem pomysł, że przerobię partię na bardziej konserwatywno-liberalną, będziemy atakować od strony opozycji. Jak mi to Donald powiedział, powstało pytanie - co dalej z Ligą. Wszyscy pchali nas do rządu. Miałem rozłam wewnętrzny, który doprowadził do wyjścia sześciu posłów i groził dalszym odchodzeniem. Wtedy zrozumiałem, że Liga to trup. Byłem przed dylematem: albo wejdę w koalicję i będę czekał, albo mnie załatwią. Moja cała strategia od wejścia do rządu sprowadzała się do tego, żeby być pupilem Kaczyńskiego, żeby zapomniał wszystko to, co było, te walki. A to dlatego, że uważałem, że Kaczyński będzie chciał nas zabić, a miał prokuraturę, Ziobrę, miał wszystko. I moja jedyna nadzieja była w tym, że dojdzie do kryzysu, zanim mnie rozwali. Rozwali? - To znaczy aresztuje. Rzeczywiście, czasem wchodził pan w konflikt z PiS, np. z Kluzik-Rostkowską. - Ale wszystko z prawej strony, żeby przekonać Jarosława, że moje porozumienie z PO jest niemożliwe. Bez przerwy mi zarzucał, że ja mam kontakty z Tuskiem... I słusznie zarzucał. - Nie dało się ukryć. Wyszło, że Tusk był u mnie w domu. A to od razu lądowało na biurku u Jarka. I w związku z tym ja musiałem obchodzić go od prawej strony, żeby miał pewność, że niemożliwe jest porozumienie z PO. [...]" Sądzę, że ten fragment pokazuje z kim bardziej po drodze jest przynajmniej tej części formacji narodowej, której wciąż ideowo przewodzi Roman Giertych. Puentując jeżeli chodzi o Giertycha to pomimo, że światopoglądowo jest mi bliski, nigdy bym na niego, ani jakąkolwiek jego formację nie zagłosował, choćby ze względu na cynizm (jak w przypadku w/w fragmentu wywiadu), który ma w genach (w końcu ojciec i dziadek poparli wprowadzenie stanu wojennego).
Ostatnio edytowane przez JEDREK76 : 03.12.2012 o godz. 19:07.
|
|
|

|
||||||
| Narzędzia tematu | |
| Tryby wyświetlania | |
|
|