|
Czytając o Guli i rzeczywiście widząc później pierwsze mecze Wisły, myślałem, że mamy trenera z filozofią gry podobną do Kasperczaka. Czyli nieważne, że dostajemy właśnie 0:2, bo wciąż mamy jeszcze 60 minut, więc zapakujemy przeciwnikom w międzyczasie 4 gole. Fajnie, bo środek tabeli można sobie u nas w lidze tak zapewnić. A i kibiców wreszcie ściągnąć na trybuny.
A dzisiaj wygląda to tak, że choćby i te nasze mecze trwały po 180 minut, to my żadnej bramki raczej i tak nie strzelimy, bo po prostu nie stwarzamy żadnego zagrożenia. Co najwyżej stracimy w tym czasie kilka kolejnych. Co za różnica, wszak takie 0:5 najwyraźniej na nikim w klubie już nie robi większego wrażenia.
Zgadzam się, że obrońców personalnie mamy co najmniej solidnych - to tym bardziej absurdalne, że mecz w mecz tracimy tyle goli. No, ale skoro z drugiej strony okazuje się, że nie mamy zupełnie ofensywy, to jak mamy ciułać te nieszczęsne punkty? Jasne, Uryga coś pewnie wreszcie trafi głową po rogu lub jakiejś wrzutce z wolnego. Może jakiś fartowny karny, a może samobój...
Zastanawiam się tylko, czy to faktycznie ma zmierzać do tego, że znowu w zimie będziemy się cieszyć z kolejnego już okienka transferowego, w którym wzajemnie będziemy się nakręcać, że tak, to już teraz... A po kilku kolejnych beznadziejnych meczach i tak zaczniemy się rozglądać za nowym szkoleniowcem. Tak to się żyje na tej Wiśle.
|