|
Zwycięstwo bardzo cieszy i jest piekielnie ważne. Tylko nie róbmy z tego od razu symfonii Beethovena, bo to był raczej koncert na rozstrojonych skrzypcach z happy endem. Wisła wygrała z Górnikiem Łęczna 3:2, choć dwa razy przegrywała, a wszystkie pięć bramek padło jeszcze przed przerwą. Strzelali Duarte, Bozić i Ertlthaler, a w statystykach wyszło to nawet przyzwoicie: 56% posiadania, 18 strzałów i 13 rzutów rożnych.
Problem w tym, że ta statystyka nieco zaciemnia obraz rzeczywistej postawy jakościowej drużyny w tym meczu. Górnik oddał tylko 8 strzałów, a i tak wpakował dwa gole i przez długie fragmenty robił Wiśle kłopoty większe, niż powinien robić zespół z takiego miejsca w tabeli.
I to jest sedno tego spotkania. Trzy punkty są bezcenne, ale gra znów była generalnie słaba jakościowo. Zbyt często brakowało dynamiki, dokładności i agresji. Mogło to frustrować tym bardziej, że rywal przy mocniejszym doskoku i szybszym ataku gubił się momentalnie. Za każdym razem, gdy Wisła naprawdę podkręcała tempo, Łęczna zaczynała się sypać. Tylko że takich momentów było za mało. Zamiast regularnie docisnąć przeciwnika do ściany, Wisła znów sama tworzyła sobie problemy poprzez swoje zbyt wolne, zbyt miękkie i zbyt czytelne granie.
Na plus Letkiewicz. Mimo dwóch straconych goli nie zawalił niczego. Bronił pewnie, pomógł drużynie i pokazał, że gdy jest w pełni skoncentrowany, może być wartością dodaną do zespołu. Giger z kolei znów był bardzo pewny na prawej obronie. W defensywie solidny jak szwajcarski scyzoryk, a tym razem dorzucił jeszcze do tego groźne dośrodkowania w ofensywie. To właśnie tak powinien wyglądać boczny obrońca w drużynie walczącej o awans. Nie celebryta od biegania, tylko gość, który realnie coś daje.
Z kolei Lelieveld może nie zagrał meczu idealnego, ale znów dał Wiśle to, czego Krzyżanowski jeszcze regularnie dać nie potrafi: spokój w rozegraniu, grę na małej przestrzeni, wyjście spod pressingu i normalność przy piłce. Był parę razy spóźniony, ale też zaliczył dobre interwencje i ogólnie jego obecność miała sens.
Największy problem był znowu w środku i w obronie centralnej. Stoperzy zagrali słabo i niepewnie, a Grujcić szczególnie. Za dużo było spóźnień, złego ustawienia, złego krycia i pasywności. Jeśli zespół, który nie ma wielkiej jakości, potrafi cię dwa razy ukłuć i robić zamieszanie, to znaczy, że środek defensywy nie funkcjonował jak należy.
Na skrzydłach obraz był mieszany. Duarte strzelił bardzo ładnego gola ⚽️i to ten gol ratuje mu końcową ocenę, bo przez większość meczu znów był za mało produktywny. Za rzadko wygrywał pojedynki i za mało dawał drużynie ciągłości.
Bozić był aktywny, pokazał technikę, strzelił ważnego gola⚽️, ale nadal widać, że fizycznie i szybkościowo to jeszcze nie jest pełna wersja tego zawodnika. Gdy dojdzie do lepszej dyspozycji, będzie dużo groźniejszy. Dziś już daje sygnały, że ma jakość, tylko jeszcze nie ma pełnej mocy silnika.
Ertlthaler też wpisał się na listę strzelców⚽️, ale stać go na więcej. U niego również brakowało momentami dynamiki, dokładności i lepszego wykonywania stałych fragmentów. Gol tak, ale całokształt bez fajerwerków.
W środku pola kolejny raz zawiódł Duda. Znów okazało się, że Wciskanie go do roli ósemki nie powoduje żadnego cudownego skoku jakości. To nie jest magiczna różdżka, tylko dalej ten sam piłkarz, w dodatku dzisiaj w słabej formie. Źle rozgrywał, nie kreował gry jak trzeba, źle strzelał z dystansu i nie dawał drużynie odpowiedniej jakości. Przy takiej jego dyspozycji na swoją szansę gry w większym wymiarze czasu zasługuje Omić.
Igbekeme też miał lepsze mecze, zwłaszcza w pierwszej połowie popełniał błędy, ale z czasem się poprawił, lepiej zbierał drugie piłki i przynajmniej dał coś drużynie w odbiorze.
Rodado był mocnym punktem drużyny. Utrzymywał się przy piłce, dawał zagrożenie, robił różnicę samą obecnością. I właśnie dlatego końcówka po jego zejściu wyglądała tak, jak wyglądała. Hiszpan opuścił boisko w po urazie barku, a po meczu Jop potwierdził, że chodzi o „ten bark” i sprawa wymaga diagnozy. Gdy Rodado zszedł, Wisła straciła nie tylko napastnika, ale też punkt oparcia. Nagle zaczęło się rozpaczliwe wybijanie piłki, chaos, panika i totalna obrona Częstochowy. Nikt nie potrafił przytrzymać futbolówki choćby na chwilę.
I tu dochodzimy do Jopa. Zwlekanie ze zmianami do końcówki znowu nie pomogło drużynie. Dodatkowo gdy w momencie zejścia Rodado zespół stracił punkt zaczepienia z przodu, to należało wpuścić od razu napastnika zdolnego powalczyć fizycznie z obrońcami Łęcznej. Nie dekorację, tylko zawodnika do przepychania się, przytrzymania piłki, wywalczenia faulu, oddechu dla drużyny. Jeśli na ławce był Nikaj, to właśnie takie momenty są po to, by z niego skorzystać.
Zamiast tego Wisła sama zaprosiła rywala do własnego pola karnego i modliła się, żeby to już się skończyło. Na szczęście Łęczna tej słabości nie wykorzystała. Ale liczenie co tydzień na to, że rywal nie skorzysta z takiego bałaganu, to nie plan. To hazard.
Kończąc: bardzo ważne zwycięstwo, ale znowu po słabej grze. Cieszy wynik. Nie cieszy to, że po raz kolejny Wisła wyglądała jak drużyna, która ma lepszych piłkarzy niż rywal, ale nie zawsze ma lepszy pomysł na mecz i nie zawsze ma odpowiednią intensywność. I właśnie dlatego zamiast otwierać szampana i opowiadać o wielkim marszu po awans, lepiej zachować trzeźwość. Szczególnie w obliczu utraty Rodado
Jaroo1: "okazało się, że gracze co się sprawdzają w Polsce są z 2 ligi hiszpańskiej. Nic w tym odkrywczego nie ma, byłoby dziwne gdyby się nie sprawdzali."
(...)
"Polaków na rynku to mamy do wyboru praktycznie zero w porównaniu do chociażby rynku europejskiego. Ogólnie poziom Polakow jest słabszy niż graczy z zachodu, dlatego logiczne jest że łatwiej znaleźć kogoś na zachodzie, nawet z II-V ligi - zależy od kraju, bo np w Hiszpanii można znaleźć dobrego gracza w niższej lidze"
|