Bardzo przepraszam za OT ale nie mogłem się powstrzymać... zresztą widzę że wątek poszedł w tereny osobiste i takie tam.
Ja rozumiem, że musi istnieć jakiś termin jasno oddzielający hm.. "zagorzałych kibiców" od całej reszty. W końcu od tego jest język żeby odwzorowywać sytuację w rzezcywistości. I ciężko nie zauważyć, że są dwa bieguny "kibicowania". Fanatyczny i konsumpcyjny.I dobrze.
Tylko dlaczego wszystkie próby nazwania rzeczy po imieniu muszą być złośliwe albo ironiczne? Naprawdę, gówniarze mają mnie od klientów wyzywać? Tacy co nawet o "dyszce" nie słyszeli? Teoretycznie teraz mieliby prawo. Sam powracam na R22 po sporej przerwie. I co - mam sobie na koszulce historię życia wydrukować, żeby mnie na stadionie nie obrażano? A g***o szanowni panowie, ja nikomu udowadniać nic nie muszę.
Są na tym forum specjaliści od piłki, zarządzania, rynku transferowgo i w ogóle wszystkiego. A jedyną rzeczą na którą taka internetowa społeczność kibcowska ma REALNY wpływ to właśnie atmosfera kibicowania i stadionowa. Może zamiast wymądrzać się na tematy nam odległe i nieznane lepiej nie spieprzyć tego na co akurat mamy/macie jakiś tam teoretyczny wpływ? Zacznijcie od wymyślenia normalnej nazwy dla normalnego kibica Wisły. Bonarkowca, klienta, piknika, konsumenta. Na ch*j nam te wszystkie licytacyjno-lojalistyczne gierki?
PS. Zgadzam się poniekąd z Wolfem. Sam niedawno zauważyłem takie jakieś zastanie mentalne. Polska reprezentacja - że niby to jesteśmy w "2 lidze europy" a wszystko co na wschód i południe musimy lać ile wlezie... no mogło tak być ale w 2003. Z Wisłą podobnie. Wydaje się nam że nadal jest 2004 czy coś. I nawet geriatryczna sylwetka M. Żurawskiego mało komu potrafi zrzucić z nosa rózowe okulary. Niestety, hello! 2010 i jesteśmy zupełnie gdzie indziej.