|
Sędzio, z większością Twoich wpisów się jak najbardziej się zgadzam, ale zauważyłem, że starasz się czasem wybielać PiS w sytuacji kiedy takie zadanie jest dość karkołomne.
Cała nasza klasa polityczna, która jest na świeczniku od ponad 20 lat, a wybrane jednostki jeszcze dłużej, ma tendencję do "przeinaczania faktów" jak to mówiło się ładnie w slangu młodzieżowym. Dlatego określenia typu kłamca, czy hipokryta lepiej kierować nie ad persona, ani do konkretnej partii, a do całości tej śmietanki towarzyskiej. Nie bez kozery społeczeństwo nie ma zaufania do polityków, ale nie wpływa to w żaden sposób na to, że odwracają się od nich w czasie wyborów. Wręcz odwrotnie, czym bardziej politycy mataczą i olewają swoje obowiązki tym bardziej my, jako obywatele tego kraju staramy się przymykać na to oczy i tłumaczyć sobie, że bycie politykiem to ciężki zawód. Dlatego potrzebna jest zmiana nastawienia, większa przejrzystość działań polityków i finansów partii politycznych, aby wyprowadzić ten zawód z szarej strefy życia publicznego.
Wracając do głównej myśli stwierdzam, że PiS wciąż jest mistrzem demagogii. Z perspektywy powyborczej należy stwierdzić, że to co zrobili z Jarosławem Kaczyńskim w czasie kampanii wyborczej to było mistrzostwo świata. Liberalne skrzydło tej partii przeprowadziło generalny lifting swojego przywódcy i stworzyło Jarosława jako nowy produkt marketingowy, który miał być przyswajalny przez większych odsetek społeczeństwa. Niestety po wyborach cały projekt diabli wzięli, gdyż okazało się, że panowie Migalski i Poncyliusz niczym kowboje, a zarazem "dzieci kwiatów" zagalopowali się ze swoim projektem ciut za daleko. Środowiska patriotyczne, skrajnie prawicowe, ale przede wszystkim trzon partii, czyli dawne PC zrozumiały, że ta nowa wersja Kaczyńskiego nie oznacza dla nich nic dobrego i w kilka dni okazało się, że Palikot niestety miał rację. Mit założycielski pozostał, ale odtwórca głównej roli wraz ze swoim nowym wizerunkiem prysł jak bańka mydlana. Czyż to nie była hipokryzja w pełnym tego słowa znaczeniu?
Rozrost administracji państwowej i związane z tym koszty to rzeczywiście zmora dla budżetu państwa, ale jeszcze większym problemem jest nieefektywne wydatkowanie środków, a to w głównej mierze obciąża budżety danych jednostek. Przywołam znowu przykład gmin, które wydają na szkolnictwo w granicach 30-50% swoich wydatków. Czy to nie jestem kuriozum, że system edukacyjny pochłania tak ogromne pieniądze, a wciąż powtarza się o braku pieniędzy dla nauczycieli i na finansowanie innych potrzeb. Pewnie nikt się nie zastanawia nad tym, że zarówno liczba uczniów na 1 nauczyciela, jak i liczba uczniów na szkołę jest zdecydowanie mniejsza niż w innych krajach UE. Tak samo liczba szkół też jest przesadzona, bo kto to słyszał żeby ma szkołę podstawową przypadało średnio ok. 170 uczniów (w roku szkolnym 2007/2008 było 14,3 tys. szkół podstawowych, w których uczyło się 2,4 mln uczniów). Drugą ważną kwestią są koszty utrzymania szkół, jak i rozbudowa bazy sportowej i edukacyjnej. Przez duże rozdrobnienie szkół następuje bezsensowne powielanie inwestycji typu hala sportowa, która jest często wykorzystywana wyłącznie przez uczniów, a później stoi zamknięta na cztery spusty. Nie chcę już przywoływać danych o ilości nauczycieli i innych pracowników szkół, ale one też świadczą o rozrzutności gmin. Potrzebna jest w obrębie całej administracji publicznej lepsza organizacja i racjonalizacja wydatków, bo to co mamy obecnie nie ma nic wspólnego dobrym gospodarowaniem pieniędzmi publicznymi.
|