|
Po derbach byłem bliski popłakania się. Niesamowity ból, bo Wisła była, jest i będzie najbliższym mi klubem. Każdy mecz Białej Gwiazdy przeżywam w sposób nie do opisania. Tak zdarzyło się i tym razem. Gdy padła bramka na 1-0 cieszyłem się jak dziecko i snułem plany wyjazdu na pierwszy mecz el. LM na Reymonta... Aż do momentu, kiedy komentator Canal+ oznajmił, że Amica strzeliła na 1-2, a moment później Wisła już remisowała... Takie jest oblicze futbolu. Nie zawsze bywa sprawiedliwy, czasem i jeden błąd zadecyduje o remisie, awansie, czy jak w tym przypadku - mistrzostwie. Czuję niedosyt i ogromny żal zarazem. Wszystkie spotkania, w których straciliśmy punkty, stają mi przed oczyma. I nie rozumiem osób mówiących, że nie zasłużyliśmy na mistrza. Cały sezon walczyliśmy na wyjeździe (bo gra na Suchych Stawach, a wcześniej w Sosnowcu niejednokrotnie była dla nas katorgą), zdobyliśmy w rundzie jesiennej ogromną przewagę punktową nad pozostałymi zespołami, a choć grą nie zachwycaliśmy, to mimo wszystko jestem przekonany, że ten mistrz powinien trafić pod Wawel, gdzie polska piłka klubowa przeżywała największe sukcesy w ostatniej dekadzie. Cóż powiedzieć? Pozostaje czekać na sobotnie spotkanie Lecha z zaprzyjaźnionym Zagłębiem z Lubina. Szanse są iluzoryczne - nie czarujmy się. Jednakże pozostaje iskierka nadziei. Nadziei, która żyje w moim sercu. Potrzebujemy tego my, jak i nasz klub. Pamiętajcie, że przed spotkaniem z Legią, znakomita większość z nas była sceptykami. Choć mecz na Ł3 i kwestia tytułu była w naszych rękach, to jednakże remis Lecha jest wciąż możliwy. W głębi duszy liczę na bramkę Micanskiego dla Lubina, która pomogłaby zdobyć minimum jeden punkt, notabene niewalczącym już o nic "Miedziowym". Nadzieja umiera ostatnia. Pozostaje nam wierzyć do końca, bo kto, jeśli nie my? Ja wciąż jestem przekonany, że to My, już w sobotę, będziemy świętować na Rynku!
Jak mawiał klasyk: "Do póki piłka w grze..." I tego się trzmymajmy!
|