|
Wprawdzie Wisła Kraków, utrzymywana przez tego samego Bogusława Cupiała, nie jest już tym samym potentatem co kiedyś – coraz mniej w niej ligowych wyjadaczy obwieszonych medalami za mistrzostwo, zmienił się też pomysł na klub. Wraz z wejściem Tele-Foniki na Reymonta, Wisła mogła sobie pozwolić na pozyskanie większości zawodników z krajowego podwórka, z czego skwapliwie korzystała. Do Krakowa trafiali najzdolniejsi, najciekawsi i najpopularniejsi piłkarze z całej Polski. Ale już nie trafiają – brakuje na to pieniędzy. Właściciel klubu życzyłby sobie wreszcie wyjąć coś z klubowej kasy niźli wciąż do niej dokładać.
Dlatego mistrz Polski przed eliminacjami do Ligi Mistrzów wzmocnił się zaledwie dwoma (skądinąd dobrymi) zawodnikami, a w trwającym właśnie okienku transferowym najbardziej wartościowym transferem wydaje się... powrót Krzysztofa Mączyńskiego. Utalentowany pomocnik spędził ostatnią rundę na wypożyczeniu i podobnie jak obrońca Mateusz Kowalski radził sobie na tyle dobrze, że klub zażądał szybszego jego powrotu.
Właśnie owe wypożyczenia były jednym z najbardziej skutecznych w minionych latach sposobów „produkowania” przez Wisłę piłkarzy. Tą drogą do pierwszego składu „Białej Gwiazdy” trafili Rafał Boguski (via Bełchatów) i Patryk Małecki (via Sosnowiec), czyli jedni z najlepszych dziś piłkarzy w ekstraklasie. Wydaje się jednak, że to źródło pomału się wyczerpuje. Być może potencjalnych młodych wiślaków odstrasza niska liczba szczęśliwców, którzy z drużyn młodzieżowych i wypożyczeń awansują do pierwszej drużyny. Mączyński na swoją szansę czekał bardzo długo, podobnie Kowalski. A Konrad Gołoś... Właściwie ktoś go jeszcze pamięta?
Zmianie ulega również model kierowania klubem. Po porażce z Levadią trener Maciej Skorża zdecydował się wziąć na siebie większą odpowiedzialność, otrzymał więc również dodatkowe obowiązki. Ofiarą tych przeobrażeń padł dyrektor sportowy, Jacek Bednarz. Pozycja trenera menedżera wydaje się dość mocna – dużo od niego zależy, ale nie można powiedzieć, że jest na tyle mocna, że nie można go zwolnić. Dość mocna, ale nie na tyle, by pozwoliła mu zrealizować coroczne założenia: wzmocnić się już zimą przed walką o Ligę Mistrzów, pozyskać wysokiego napastnika, pozyskać bramkarza. Postronnemu obserwatorowi narzuca się wniosek, że albo ktoś w klubie poczynania Skorży sabotuje, albo ten jest nieudolny. Nie śmiem wyrokować.
Zbyt wiele w Wiśle zależy od poszczególnych ludzi
Na jednym biegunie znajdują się piłkarze, dziś najlepsi w kraju. Nie będą jednak grać wiecznie. Przez lata budowa składu „Białej Gwiazdy” opierała się na pieniądzach, gdy ich zabrakło – krakowianom pozostaje liczyć na łut szczęścia w przeczesywania rynku piłkarzy z wolną kartą – a nuż trafi się jakiś Marcelo.
Drugi biegun, w pojedynkę, niepodzielnie okupuje właściciel – absolutny pan życia i śmierci, zarówno jeśli chodzi o poszczególnych pracowników, jak i istnienie samego klubu. Gdyby Bogusław Cupiał zażądał zwrotu długu, jaki Wisła ma wobec niego, ta niechybnie by zbankrutowała. Oczywiście to nie grozi, myślenicki biznesmen raczej sukcesywnie wyciąga należne mu pieniądze. Raz za razem. Ale trudno w tym wypadku mówić o rozwoju.
Rozumiał to Waldemar Kita, właściciel FC Nantes, niegdyś zainteresowany odkupieniem udziałów od Bogusława Cupiała. Zdecydował się jednak na francuski klub, cena podyktowana za Wisłę okazała się za wysoka. „Ja tylko chcę usłyszeć, co mi pan Cupiał sprzedaje. Sprzedaje Wisłę. No dobrze. Ale co to jest Wisła? Nie ma stadionu, nazwa nie należy do pana Cupiała. Rozumiem, że są tylko zawodnicy. Dobrzy czy źli? Mają czy nie mają kontraktów? Kiedy się te kontrakty kończą – teraz, za trzy lata, za pięć? Zaplecza drużyna też nie ma. Amatorzy są do towarzystwa. Ośrodka szkoleniowego nie ma. Niczego nie ma. Co się nie zapytam, to nie ma. Więc tak naprawdę chodzi o kupienie grupy zawodowych piłkarzy. Żeby zaproponować kwotę, muszę wszystko obejrzeć i sprawdzić. Tymczasem tylko słyszę, że przez 10 lat pan Cupiał stracił 100 milionów złotych. Stracił to stracił, ale to nie moja sprawa”.
Absolutna hegemonia Wisły, ale dzięki wybitnym piłkarzom, świetnemu trenerowi, bogatemu właścicielowi. Piłkarze się starzeją i odchodzą, trener cały czas się uczy, a właściciel traci pieniądze i cierpliwość. I stara się odzyskać pieniądze.
Klub zbudowany na piasku? Czy jest jeszcze nadzieja?
Wkrótce Wisła będzie miała stadion na 33 tysiące miejsc. Zapełnienie go wydaje się realne. Ale do tego, by zbudować sobie tak szeroką bazę kibiców, by ci musieli ścigać się do kas, potrzeba sukcesu. Sukcesem może być tylko efektowne zaprezentowanie się w Europie. Sukcesem finansowym, umożliwiającym rozwój, będzie awans do Ligi Mistrzów. Tej upragnionej, wyśnionej, wyproszonej Ligi Mistrzów. W niej cała nadzieja.
Trzeba przyznać, że szefowie Wisły prezentują opanowanie godne pokerzysty, bo w istocie mają coś z hazardzistów. Wisła po raz kolejny jest faworytem do mistrzostwa Polski. W myśl przyjętej przez Macieja Skorżę filozofii awansowania do Ligi Mistrzów, tej sprzed dwóch 2 lat, powinna się wzmocnić już w przerwie zimowej, tymczasem na razie z trudem się nie osłabiła znacząco. Zupełnie jak gracz, który 37 razy obstawiał 0, 37 razy przegrał (no, raz był naprawdę blisko) i stawia jeszcze raz, ostatnie pieniądze. Przecież, kiedyś musi się zatrzymać na tym jednym polu
Dobrze mieć marzenia, jeszcze lepiej – przekuwać je w plany, ale najlepiej – realizować. Jeśli Wisła zdobędzie mistrzostwo, a następnie dostanie się do Ligi Mistrzów, będziemy mogli powiedzieć, że plan został zrealizowany, ale dobrze wiemy, że żadnego planu nie było. Jedynie marzenie...
|