Wyświetl pojedynczy post
Blaszczu16
Koneser
 
 
Od: 07.2009
Skąd: Wschód

Offline

Ignoruj użytkownika Pomoc
#3465
Stary 21.01.2010, 22:34
Mówią, że nadzieja matką głupich. Jeśli przeanalizujemy próby awansu do Ligi Mistrzów – najbardziej elitarnych klubowych rozgrywek piłkarskich, to idealnie pasuje to przysłowie do kibiców trzymających kciuki za polskie kluby. Oczywiście wierny fanpowinien do końca wierzyć w swój zespół i go dopingować, ale gdy na 18 edycji Ligi Mistrzów, tylko dwie próby zakończyły się awansem do fazy grupowej, to trudno o wiarę w kolejny sukces, jakim niewątpliwie byłby awans polskiego zespołu, po wielu latach posuchy, do piłkarskiego raju.
Pierwsza edycja Ligi Mistrzów została rozegrana w sezonie 1992/1993, będąc kontynuacją Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Polskę reprezentował wtedy Lech Poznań, który zdobył mistrzostwo Polski. W pierwszej rundzie eliminacyjnej lechici pewnie pokonali Skonto Rygę u siebie 2-0. Nie roztrwonili zaliczki na Łotwie i zremisowali bezbramkowo. Taki rezultat dwumeczu dał awans do dalszej rundy. Kolejnym przeciwnikiem Kolejorza – jak nazywany jest Lech Poznań – był szwedzki IFK Goeteborg. Zespół ze Skandynawii był za silny dla ówczesnego mistrza Polski i z łatwością awansował do Ligi Mistrzów po dwóch wygranych meczach: 1-0 w Szwecji i 3-0 w Polsce.
W kolejnym sezonie walkę o puchar Ligi Mistrzów również rozpoczął zespół ze stolicy Wielkopolski – Lech Poznań. Mistrzostwo zapewnił sobie w dość kontrowersyjnych okolicznościach. Po tym jak PZPN odebrał punkty drużynom Legii Warszawa i ŁKS Łódź za domniemane ustawienie wyników meczów, trofeum za mistrzostwo Polski trafiło w ręce poznaniaków. W pierwszej rundzie na drodze Lecha stanął mistrz z Izraela – Beitar Jerozolima. W Poznaniu było 3-0 dla gospodarzy. Na wyjeździe zespół z Polski również był górą wygrywając 4-2. Los chciał, że Lech w drugiej rundzie eliminacyjnej trafił na ekipę ze stolicy Rosji – Spartaka Moskwę. Rosjanie nie pozostawili żadnych wątpliwości kto jest faworytem do awansu, już w Poznaniu pokonując wysoko 5-1 Kolejorza. W Moskwie padł wynik 2-1 dla Spartaka.
Przedstawicielem naszego kraju, w eliminacyjnych bojach do najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych w Europie, w sezonie 1994/1995 była Legia Warszawa. Aby awansować musiała pokonać tylko jedną przeszkodę. Sęk w tym, że chorwacki Hajduk Split w tamtych czasach nie należał do zespołów z gatunku „chłopców do bicia”. W dwumeczu nie dał najmniejszych szans Legii. Wojskowi nie zdołali strzelić nawet honorowego gola, bo w Warszawie ulegli Chorwatom 0-1. W Splicie przegrali wysoko 0-4 i pożegnali się z marzeniami o podboju Ligi Mistrzów.
Historycznym sezonem dla polskiej piłki klubowej był 1995/1996. Pierwszym klubem z Polski, który awansował do fazy grupowej po eliminacyjnych bojach z IFK Goeteborg (1:0, 2:1) była Legia Warszawa, prowadzona przez Pawła Janasa. Tam wyprzedziła nie byle kogo w fazie grupowej. Plecy legionistów musiały oglądać takie firmy jak mistrzowie Norwegii – Rosenborg Trondheim i przede wszystkim Anglii – Blackburn Rovers. W ćwierćfinale wojskowi odpadli z Panathinaikosem Ateny (0:0 i 0:3).
Rok później wyczyn legionistów powtórzyli piłkarze łódzkiego Widzewa. W pojedynku z Broendby Kopenhaga, widzewiakom dał awans – w niezwykle dramatycznych okolicznościach, gol strzelony przez Pawła Wojtalę dopiero w 89 minucie rewanżowego meczu w Danii. Mecz zakończył się wynikiem 3:2 dla Broendby, co dało awans Polakom, ponieważ w Łodziwygrali 2-1. Widzew nie zdołał wyjść z fazy grupowej Ligi Mistrzów, w której mierzył się z Borussią Dortmund, Atletico Madryt i Steauą Bukareszt. Warto dodać, że niemiecki zespółzdobył w tamtym sezonie puchar Ligi Mistrzów, a Widzew w dwumeczu fazy grupowej przegrał z nimminimalnie 2-1 w Dortmundzie i zremisował 2-2 w Łodzi. Natomiast gol strzelony Atletico Madryt do dziś jest rozpamiętywany nie tylko przez najwierniejszych fanów Widzewa Łódź. Dobiegała końca pierwsza połowa meczu, szybką kontrę wyprowadził bramkarz gospodarzy, podał do Marka Citki, ten pociągnął do przodu kilkanaście metrów i blisko z połowy boiskaprzelobował golkipera drużyny ze stolicy Hiszpanii. Widzew był ostatnim jak dotąd klubem z nad Wisły, który gościł w tak elitarnym gronie.
W sezonie 1997/1998 łodzianie nie zdołali powtórzyć wyczynu z poprzedniego roku. W pierwszej rundzie wprawdzie „zdemolowali” FK Neftichi z Azerbejdżanu 8:0 i 2:0, lecz w kolejnej nie dali rady włoskiej AC Parmie. Przegrali 1-3 u siebie i 0-4 we Włoszech. Siedem lat później jeden klub spadł do drugiej ligi, a drugi stanął nad krawędzią bankructwa. Historia lubi płatać figle.
W siódmej już edycji Ligi Mistrzów o sławę, wielkie pieniądze i wszelkie splendory płynące z awansu do tych rozgrywek walczył rywal zza miedzy Widzewa, ŁKS Łódź. W pierwszej rundzie los przydzielił, tak jak przed rokiem rywala z Bałkanów. ŁKS nie miał żadnych problemów z azerbejdżańskim Kapazem Ganja. Wygrał pewnie oba spotkania: 4:1 u siebie i 3:1 na wyjeździe. Schody zaczęły się dopiero w drugiej fazie eliminacyjnej, gdy na drodze stanął wielokrotny mistrz Anglii – Manchester United. Polski zespół nie miał najmniejszych szans w potyczce z tak utytułowanym klubem i przegrał 0:2 w Łodzi. W rewanżu Anglicy mogli sobie pozwolić na mniejszy wysiłek, gdyż mieli satysfakcjonującą zaliczkę z pierwszego meczu i zremisowali bezbramkowo. Jak się później okazało podopieczni trenera Marka Dziuby nie odpadli z byle kim, bo z przyszłym triumfatorem tych rozgrywek.
W 1999 roku mistrzem Polski została Wisła Kraków, ale po incydencie z nożem rzuconym w Dino Baggio przez pseudokibica, UEFA ukarała Białą Gwiazdę wykluczeniem z europejskich pucharów na rok. PZPN nie wstawił się za klubem spod Wawelu w UEFA i Wisła musiała uszanować jej decyzję. Gdy kibice Legii Warszawa zrobili ogromną zadymę w Wilnie kilka lat później wyrok był łagodniejszy, gdyż za zespołem ze stolicy wstawił się Polski Związek Piłki Nożnej. Te dwa wydarzenia pokazały jak futbolowa centrala traktowała oba kluby. Do walki o Ligę Mistrzów stanął więc rezerwowo wicemistrz kraju – Widzew. UEFA zmieniła zasady eliminacji i łodzianie zaczynali walkę o Ligę Mistrzów od drugiej rundy eliminacyjnej. Po rzutach karnych Widzew awansował do trzeciej, decydującej rundy. Tam na polski zespół czekała włoska Fiorentina. Nie miała najmniejszych kłopotów z pokazaniem miejsca w szeregu wicemistrzowi Polski. Wyniki: 3-1 i 2-0 dla Fiorentiny pokazały, że do poziomuwłoskiej piłki jeszcze nam daleko.
W kolejnym roku znów się nie udało. Tym razem nie podołała zadaniu Polonia Warszawa. Wprawdzie dwukrotnie pokonała rumuńskie Dinamo Bukareszt: 3:1 i 4:3, ale w decydującej rundzie znów oglądaliśmy porażkę w dwumeczu z greckim Panathinaikosem Ateny. Choć Polonia była najbliżej upragnionego celu, spośród polskich zespołów, które do tamtej pory nie awansowały. W Płocku – Polonia grała na stadionie Orlenu Płock, gdyż jej stadion nie spełniał wymogów UEFA – było 2-2. W rewanżu minimalnie przegrała 2-1. Wkrótce po tym meczu piłkarz Polonii Warszawa, a później Reprezentacji Polski – Emanuel Olisadebe, dołączył do pogromców Czarnych Koszul.
Pierwsze podejście Wisły Kraków. W 2001 roku los nie był łaskawy i piłkarzom Białej Gwiazdy przyszło się spotkać z Barceloną. W pierwszym meczu na Reymonta piłkarze trenera Franciszka Smudy prowadzili do przerwy, ale nadzieje na sensację odeszły równie szybko co przyszły. Wydawało się wtedy, że Kamil Kosowski – skrzydłowy ekipy spod Wawelu, nie jest wcale gorszym piłkarzem od Brazylijczyka Rivaldo, którego pensja była 200 razy wyższa niż Polaka. Przed pojedynkiem ze sławną FC Barceloną, Krakowianie pokonali skromnie 2-1 w Rydze i 1-0 na Reymonta łotewską Skonto Rygę. Następnie ulegli po pięknym meczu zDumą Katalonii 3-4 pod Wawelem. W Barcelonie nie było już tak pięknie i po słabej grze Wisła przegrała 0-1, broniąc się przez cały mecz.
Po sześciu latach od ostatniego meczu w Lidze Mistrzów powraca do boju Legia Warszawa. Stołeczny klub wylosował tego samego przeciwnika, co Wisła przed rokiem – FC Barcelonę. Nie trudno było się domyśleć, jaki musiał być wynik pojedynku z hiszpańskim potentatem. Legia nie zaprezentowała się tak dobrze na tle Dumy Katalonii jak przed rokiem Biała Gwiazda. Przegrała bezdyskusyjnie: 0:3 w Hiszpanii i 0:1 w Polsce. Liga Mistrzów znów nie dla nas.
W drugim podejściu Wisły Kraków do najlepszej ligi świata, losowanie było niezwykle łaskawe dla mistrzów Polski. Anderlecht Bruksela wydawał się przeciwnikiem w zasięgu polskiego klubu. Niestety, w przerwie letniej, między sezonami, stracił on swoje „skrzydła”. Kamil Kosowski przeniósł się do niemieckiego 1. FC Kaiserslautern, a Kalu Uche został zawieszony za niesubordynację. „Czarna Perła” Białej Gwiazdy – jak nazywały media Nigeryjczyka –odmówiła wyjścia na boisko w meczu z Omonią Nikozja. Wisła nie miała kłopotów w potyczce z cypryjskim klubem, gdyż w wyśmienitej formie był jej najlepszy zawodnik – Maciej Żurawski. Niestety Anderlecht nie był już w zasięgu piłkarzy Henryka Kasperczaka. W Belgii polegli oni 1-3. Gola w końcówce spotkania, dającego jakiekolwiek nadzieje w rewanżu, strzelił z rzutu karnego Żurawski. W Krakowie nie udało się odrobić strat. Co więcej, Wisła również u siebie przegrała. Tym razem 0-1.
Powiedzenie „do trzech razy sztuka” w przypadku Wisły Kraków i Ligi Mistrzów niestety się nie sprawdziło. A zaczęło się fantastycznie dla piłkarzy spod Wawelu. Przystępowali oni do podboju Ligi Mistrzów w sezonie 2004/2005 jako niepokonany mistrz, który od początku 2004 roku nie zaznał ligowej porażki. Wisła wzmocniła się piłkarzami podnoszącymi jakość i tak bardzo mocnej – jak na polskie warunki –drużyny. Gromiła każdego, kto stanął jej na drodze. Na pierwszy ogień poszedł mistrz Gruzji – WIT Georgia Tbilisi. W dwumeczu Biała Gwiazda strzeliła rywalom aż 11 goli. Tak mocnej drużyny Wisła dawno nie miała. Wyczekiwała na rywala, z którym się przyjdzie zmierzyć w decydującej, trzeciej rundzie eliminacyjnej. Niestety, los nie sprzyjał piłkarzom trenera Henryka Kasperczaka. Real Madryt brzmiał jak wyrok. Mimo dzielnego stawienia czoła Galaktycznym, mistrzowie Polski obeszli się smakiem przegrywając 0-2 i 1-3, odpowiednio w Krakowie i Madrycie.
W sezonie 2005/2006 Wisła, prowadzona już przez Jerzego Engela, zaczynała eliminacje od trzeciej rundy, ale jako zespół nierozstawiony. Trafiła na jednego ze słabszych z możliwych rywali - Panathinaikos Ateny. W Krakowie wicemistrz Grecji został pokonany 3:1 i szansa na awans przed rewanżem była ogromna. Po tym meczu zespół z Krakowa został wybrany drużyną tygodnia przez znany w całej Europie magazyn piłkarski „France Football”. Przed rewanżemnikt nie mówił, że będzie łatwo, gdyż stadion Wszechateńskich Koniczynek należy do jednych z najgorętszych aren piłkarskich w Europie. Wiślacy jednak zaskoczyli swojego rywala. W Atenach przez godzinę grali znakomicie, a trzech stuprocentowych okazji nie wykorzystał Marek Zieńczuk. Potem w odstępie pięciu minut Panathinaikos strzelił dwa gole. Na dwanaście minut przed końcem Radosław Sobolewski popisał się fantastycznym golem zza linii pola karnego. Jacek Gmoch – który komentował ten mecz, określił tą bramkę jako: Strzał za parę milionów. Końcówka była niczym wyjęta z greckiej tragedii. Sobolewski otrzymał czerwoną kartkę, sędzia Mike Riley nie uznał prawidłowo zdobytego gola dla Wisły na 2:2, którego autorem był Marek Penksa, a potem nie zauważył faulu na Marcinie Baszczyńskim pozwalając tym samym Panathinaikosowi na wyprowadzenie zakończonej golem kontry. W dogrywce podłamani Wiślacy stracili jeszcze gola na 4:1 po błędzie Radosława Majdana i mogli pożegnać się z Ligą Mistrzów. A było tak blisko! Łzy krakowskiego golkipera po końcowym gwizdku sędziego mówiły wszystko o tym meczu. Kibice i ludzie związani z Wisłą po tym dwumeczu byli zrozpaczeni. Ciężko było się podnieść po takim ciosie i mistrzostwo w sezonie 2005/2006 trafiło w ręce stołecznej Legii.
W drugiej rundzie eliminacyjnej Legia w niezbyt przekonującym stylu wyeliminowała islandzki Hafnarfjoerdur. Kolejną przeszkodą na drodze do Ligi Mistrzów był rywal zza południowo – wschodniej granicy - Szachtar Donieck. Zespół niewątpliwie mocny, ale mający o wiele mniejszą wartość medialną i sportową niż Real czy Barcelona. W pierwszym meczu Legia przegrała tylko 0:1 po niesłusznie podyktowanym rzucie karnym dla Szachtara, ale tak naprawdę przez całe spotkanie była zespołem słabszym i niski wymiar kary zawdzięcza swojemu bramkarzowi Łukaszowi Fabiańskiemu. W rewanżu to onapierwsza strzeliła bramkę i wydawało się, że awans jest możliwy. Ale tylko przez pięć minut. Jeszcze przed przerwą było 3:1 dla Szachtara. Ostatecznie skończyło się na 3:2 i polski zespół po raz kolejny musiał pożegnać się z Ligą Mistrzów w fazie eliminacyjnej.
Po siedmiu latach hegemoni krakowsko – warszawskichklubów na krajowym podwórku, niespodziewanie mistrzostwo Polski wywalczyło Zagłębie Lubin. Lubinianie do ostatniej rundy walczyli o miano najlepszego zespołu w kraju z GKS-em Bełchatów. Zagłębie w drugiej rundzie eliminacyjnej Ligi Mistrzów było pozbawione atutu w postaci rozstawienia. Miedziowi mieli za niski współczynnik punktowy UEFA i w drugiej rundzie musieli stawić czoła mocnej i bogatej Steaua Bukareszt. Trener ówczesnych mistrzów Polski – Czesław Michniewicz, w pierwszym meczu w Lubinie ustawił swój zespół bardzo zachowawczo. Zastosował taktykę „diamentu”. Taktyka ta zakładała grę czterema obrońcami w linii, dwoma środkowymi pomocnikami ze skłonnością do gry defensywnej, trzema ofensywnymi graczami, z czego dwóch pełniło rolę skrzydłowych, oraz jednym wysuniętym napastnik. W wykonaniu Zagłębia taktyka ta nie zdała egzaminu, bo przegrało u siebie 0-1. Pomny klęski swej taktyki przed tygodniem trener Czesław Michniewicz ustawił mistrzów Polski ofensywnie. I co nie powinno nikogo dziwić, okazało się, że piłkarze trenera Gheorge Hagiego są jak najbardziej do ogrania. Odważna, a przede wszystkim pozbawiona tak irytującej w Lubinie bojaźni, gra Macieja Iwańskiego i spółki przyniosła skutek po pół godzinie gry. Najpierw Manuel Arboleda huknął zza pola karnego w słupek, a chwilę potem wykazał się sporym refleksem w polu karnym gospodarzy i przytomnie odegrał piłkę do Michała Stasiaka, który z metra wpakował ją do siatki. Wielka szkoda, że Zagłębiu ochoty na atakowanie wystarczyło jeszcze tylko na kilka akcji. Szczególnie, że kilka minut później było już 1:1. Zaspała obrona z Arboledą na czele, a bramkarz Michal Vaclavik nie miał nic do powiedzenia po strzale Banela Nicolity. Bramkowy remis nie oznaczał końca świata. Zagłębie potrzebowało przecież ledwie jednego trafienia do pełni szczęścia - awansu. Zabrakło jednak nie tylko umiejętności, także szczęścia. Vaclavik, jeden z bohaterów lubinian w poprzednim sezonie, po wydawać się mogło niegroźnym strzale sparował piłkę najgorzej jak tylko mógł, prosto pod nogi Dorela Zahariiego, który z zimną krwią wykorzystał prezent lubińskiego bramkarza. Kolejny raz kibice w Polsce musieli powiedzieć: Może za rok się uda?
W sezonie 2008/2009 Wisła Kraków piąty już raz pukała do bram najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych na świecie. Podopieczni trenera Macieja Skorży nie mieli szczęścia w losowaniu przeciwnika w drugiej rundzie eliminacyjnej jak i w trzeciej. O ile Beitar postraszył Krakusów w Jerozolimie wygrywając 2-1, to już na Reymonta klub z Azji dostał solidną lekcję futbolu. Biała Gwiazda od początku rzuciła się na rywala, jak wygłodniały lew na swą ofiarę i pokonała Beitar 5-0. Niektórzy przez całą swoją karierę piłkarską marzą o zagraniu z FC Barceloną. Nie wszystkim jednak jest dane zmierzyć się z tak wielkim klubem. Wiśle udało się to czterokrotnie. W 2001 roku i w 2008. Niestety, nie zdarzył się cud. Wisła, tak jak siedem lat wcześniej, przegrała w dwumeczu z Dumą Katalonii. Na osłodę pozostało jej zwycięstwo w Krakowie 1-0 po golu Clebera. Tak oto Wisła została pierwszym polskim klubem w historii, który pokonał w meczu o stawkę zespół ze stolicy Katalonii.
Aktualny sezon jest najgorszym w historii występów polskich klubów w eliminacjach Champions League. Wisła Kraków skompromitowała nie tylko siebie, lecz całą polską piłkę nożną. Po reformie europejskich pucharów przez prezydenta UEFA – Michela Platiniego, szansa awansu do tak upragnionej Ligi Mistrzów, ze statystycznego punktu widzenia znacznie wzrosła. W decydującej rundzie wiślacy nie musieli się obawiać, że wylosują któregoś z potentatów światowej piłki. Z całym szacunkiem dla Olympiakosu Pireus, Slavii Praga, Levskiego Sofia, Partizana Belgrad czy FC Kopenhagi, ale te zespoły dysponowały o wiele mniejszym potencjałem niż Real, Barcelona, czy Manchester United. Niestety, nie było dane walczyć Wiśle z jednym z potencjalnych przeciwników w 4 rundzie eliminacyjnej. Piłkarze spod Wawelu „popłynęli” już na pierwszej przeszkodzie. Po wymęczonym remisie 1-1 w Sosnowcu, na wyjeździe przegrali 0-1. Po wylosowaniu estońskiej Levadii Tallin słychać było głosy zadowolenia. Że blisko, że łatwy przeciwnik, grający w pół amatorskiej lidze. Niestety, Levadia boleśnie nauczyła nas, że nikogo nie należy lekceważyć. Na piłkarzy spod Wawelu spadła lawina krytyki ze strony mediów, dziennikarzy i ludzi związanych z rodzimą piłką. Franciszek Smuda nazwał tą porażkę skandalem. Wisła nie dość, że straciła uznanie i szacunek u wielu kibiców, to na dodatek utraciła około dwóch milionów euro z samego awansu do 4 rundy eliminacyjnej. Spodziewano się rewolucji w kadrze i sztabie trenerskim. Właściciel Wisły i „Telefoniki Kable” Bogusław Cupiał zachował jednak zimną krew i wstrzymał się ze „ścinaniem” głów. W ostatecznym rozrachunku posadę stracił tylko dyrektor sportowy Jacek Bednarz. Od tego czasu minęło już pół roku, a „smród” po Levadii nadal ciągnie się za klubem z grodu Kraka. Levadia będzie się śnić wszystkim sympatykom Wisły Kraków, piłkarzom i właścicielowi klubu jeszcze przez wiele miesięcy, a może nawet lat. Małym usprawiedliwieniem dla zawodników może być brak atutu w postaci stadionu, gdyż jest w remoncie. Obiekt w Sosnowcu w niczym nie przypomina stadionupiłkarskiego i nie może się równać z atmosferą na Reymonta 22.
Nasuwa się pytanie, czemu prawie czterdziestomilionowy kraj na swojego przedstawiciela w Lidze Mistrzów musi czekać aż tak długo? Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka.
Od sezonu 1994/1995 Unia Europejskich Związków Piłkarskich (UEFA) zwiększyła ilość uczestników grających w Lidze Mistrzów z 8 do 16. Trzy lata później w sezonie 1997/1998 z 16 do 24 zespołów, a w kolejnych latach tą liczbę podwyższono do 32 (od 1999/2000). W przypadku najlepszych lig w Europie drużyny, które zajęły drugie, trzecie a nawet czwarte miejsce w swoich ligach mogły zaczynać batalię o Ligę Mistrzów w eliminacjach, a co niektóre zespoły nawet w grupach. To spowodowało wylosowanie w eliminacjach takich zespołów jak Real Madryt, czy trzykrotnie FC Barcelonę, mimo że te zespoły w tamtych sezonach nie reprezentowały swojego kraju jako mistrz.
W takich pojedynkach tylko głupiec mógł śmiało stawiać na polskie kluby w bataliach z czołowymi zespołami, nie tylko w Europie, ale też na świecie.
Drugim powodem niepowodzeń są budżety polskich klubów. Takie zespoły jak Wisła Kraków, czy Legia Warszawa dysponują rocznym budżetem w wysokości 7-8 milionów euro, co przy budżecie Realu około 381 milionów, (ale funtów) jest kroplą w morzu potrzeb. Najczęściej losowany przeciwnik – FC Barcelona to klub o budżecie szacowanym w 2009 roku na około 405 milinów euro. To jest przepaść, nawet takie ekipy jak Anderlecht Bruksela, Panathinaikos Ateny, Szachtar Donieck czy Steaua Bukareszt mają około dziesięciokrotnie większy budżet od najbogatszych w polskiej lidze. Powiadają, że pieniądze nie grają, ale gdy klub dysponujący wielkimi pieniędzmi, może sobie pozwolić na kupno piłkarza z najwyższej półki, to w takim pojedynku polski „kopciuszek” nie ma większych szans.
Michel Platini od sezonu 2009/2010 zreformował Ligę Mistrzów, czym ułatwił drogę zespołom z takich krajów jak Polska. Czy aby na pewno? Jeśli nie zaczniemy podchodzić z szacunkiem do każdego przeciwnika, nawet największego „kelnera”, to częściej mogą zdarzać się takie mecze jak Wisły z Levadią Tallin. Niby każdy uważa, że poziom rodzimej ligi sięgnął dna, ale jak przychodzi losowanie przeciwnika w eliminacjach to nikt sobie nie wyobraża odpadnięcia z klubem pokroju Levadii Tallin. W tym momencie powinniśmy zadać sobie pytanie. Czy my jesteśmy już na dnie i czy mamy prawo patrzeć z góry – nie do pomyślenia wydawać by się mogło jeszcze kilka lat temu – na zespoły nawet z najniższej europejskiej półki?
Nie warto jednak płakać długo nad rozlanym mlekiem. Należy szukać sposobu na awans do Ligi Mistrzów już w najbliższym sezonie. Najbliżej tego celu jest jak na razie Wisła Kraków, która przezimuje po 17 kolejkach na fotelu lidera z przewagą pięciu punktów nad drugą Legią. Światełkiem w tunelu może być atut, którego Biała Gwiazda jeszcze nigdy nie miała w walce o Ligę Mistrzów. W lecie zostanie oddany stadion, który będzie mógł pomieścić ponad 30 tysięcy zagorzałych fanów zespołu. Nie ma co ukrywać, że kibice z Krakowa, są dwunastym zawodnikiem Białej Gwiazdy. Doping takiej ilości widzów może wywołać wśród piłkarzy taką adrenalinę i moc, że nie będzie im straszny żaden przeciwnik. Niezwykle ważne są też transfery do klubu już zimą. Nowi piłkarze będą mieć czas na zgranie się z zespołem przez pół roku.
Nam, zwykłym, szarym kibicom pozostaje wiara w to, że w końcu się uda, nie tylko uchylić bramy Ligi Mistrzów, ale i otworzyć je na oścież.
Odpowiedz cytując