Wybrałem się dzisiaj na małą kinową eskapadę. Na pierwszy ogień poszedł Parnassus, którego nie miałem zamiaru oglądać w towarzystwie popołudniowych zżeraczy popcornu, jednak o tym filmie napiszę nieco dalej. Najpierw film, o którym wczoraj wspominałem- Daybreakers.
Po takich filmach widać, że kino dziś to rozrywka ukierunkowana na przeciętnego debila. Że miałem trochę czasu przed projekcją to dorwałem filmową ulotkę, a na niej wołami stoi napisane: "Genialne połączenie Matrixa i Zmierzchu". Aż nie wiem co skomentować najpierw kretynizm hasła, czy projektanta ulotki. Chyba jednak to drugie. Po odwróceniu karteczki naszym oczom ukazuje się krótkie wprowadzenie do filmu oraz kilka cytatów z recenzji w tym taka perełka "Świetna odtrutka na Zmierzch". Dodajmy, że ten, jak i pozostałe cytaty, pochodzą z... facebook'a- znak czasów niestety. Ale wracając do samego hasła reklamowego, jak ma się ono do filmu- nijak. W Matrixie maszyny hodowały ludzi dla ich ciepła, tu wampiry hodują ludzi dla ich krwi. Oczywiście nie ma żadnego odpowiednika matrixowej sztucznej rzeczywistości, jedyne podobieństwo to hodowanie ludzi. A co ze Zmierzchem? Filmu nie oglądałem i póki co nie mam zamiaru, ale zdaje się, że obie produkcje łączą tylko wampiry.
Przyznam, że po obejrzeniu trailera i zapoznaniu się z kilkoma krótkimi recenzjami spodziewałem się bardziej przyzwoitego popcornowego kina akcji osadzonego w ciekawych realiach- coś jak drugi Blade. Po pierwszej godzinie filmu byłem pozytywnie zaskoczony. Cały setting akcji- otoczka towarzysząca fabule, sposób wykreowania świata- robią wrażenie. Samochody przystosowane do jazdy w dzień, policja z wielkimi elektrycznymi pastuchami, systemy dziennej ochrony psesji, kawa, lusterka, powiadomienia o zbliżającym się wschodzie słońca, "podżeracze" czy jak się nazywały zmutowane wampiry- to wszystko robi wrażenie. Ponadto sceny w pierwszej części filmu robią wrażenie, są fajnie zaprojektowane i fajnie zrealizowane- pościg w lesie, nocna strzelanina z wybuchającymi wampirami, eksperyment ze sztuczną krwią, czy też rodzinne spotkanie przy flaszce. Nie są to sceny, które zrewolucjonizowałyby kino, ale nie są też sztampowe, w pewien sposób ciekawe, ogląda się je z przyjemnością. Ale potem wkracza druga część filmu i zaczyna się fabuła i film rozkracza się jak krowa na lodowisku. Teoretycznie jest akcja, konfrontacja dwóch sił itd. ale z ekranu wieje nudą i sztampą. Sceny walk są obecne, ale realizacja jest dosyć realistyczna, tzn. "ogień" jest celny, przez co walki są dosyć krótkie i mało efektowne. Przy tym brakuje odpowiedniej pracy kamery, która intensywnością zdjęć podkreślałaby dynamikę zdarzeń( vide scena w piwnicy w Bękartach Wojny). Jeżeli film stawia na fabułę, to musi mieć ciekawych bohaterów. Protagonistę gra w tym filmie Ethan Hawke i gra całkiem nieźle. Niestety jego rola jest tak fatalnie napisana, że nie tylko dobre aktorstwo nie mogło jej pomóc, ale podejrzewam, że aktorstwo na poziomie braci Mroczków nie byłoby w stanie jej zaszkodzić. I w zasadzie to samo możnaby napisać o każdym innym bohaterze tego filmu za wyjątkiem postaci Willem'a Dafoe. Choć jest to nieduża rola, to jako jedyna jest przekonująca, autentyczna i ciekawa- prosty gość, mechanik, swego rodzaju chłopek-roztropek. Teoretycznie ma być to ktoś w rodzaju mentora/eksperta/guru, ale ten wątek jest tak zaskakująco sprawnie poprowadzony, że postać wydaje się świeża i oryginalna, a nie przeklejona z dowolnego innego filmu z potworami. Nie jest wszechwiedzący, nie jest przemądrzały, nie twierdzi, że wszystko wie i wszystko rozumie, mówi tylko o tym czego jest pewien i czego sam doświadczył.
Zbyt mało akcji jak na film sensacyjny, zbyt kiepska fabuła jak na thriller, to może chociaż jest to niezły horror? Niestety też nie. Film przyprawił mnie o szybsze bicie serca dwukrotnie- na samym początku i na samym końcu i to w sposób urągający wielkoekranowemu kinu. Otóż jedyne, co film ma do zaoferowania w temacie straszenia to szybko wlatujący na ekran nietoperz, który zarówno otwiera jak i zamyka obraz. Jest jedna fajna scena w domu głównego bohatera, ale przerażać może chyba tylko wyatkowo mało wytrzymałych widzów, a tacy tej produkcji raczej nie obejrzą. Z prostej przyczyny- film nie jest straszny, ale jest bardzo krwawy. Momentami wręcz do przesady. Ludzkie szczątki latające w zwolnionym tempie w końcówce filmu naprawdę wyglądają przerażająco... głupio.
Koniec końców film jest nijaki. Ciekawie zapowiadające się science fiction podlane krwistym sosem z pierwszej godziny projekcji, w drugiej godzinie przeistacza się w naiwną sztampową historyjkę, która nie jest w stanie przykuć uwagi bardziej wymagającego widza( momentami wręcz obraża jego inteligencję). Nie jest też dostatecznie efektowna aby konkurować w kategorii filmu akcji. Daybreakers nie jest złym filmem, da się go obejrzeć, ale przy obecnym zalewie produkcji( Avatar, Parnassus, Sherlock Holmes, Wolfman, Drag me to Hell, że o komediach wszelkiej maści nie wspomnę) utonie nie robiąc nawet głośnego "plusk".
Daybreakers miał być lekkim deserkiem, ale nie sprawdził się w tej roli. A co z daniem głównym?
Danie główne to Parnassus. Co mogę powiedzieć o tym filmie...
Niemy zachwyt chyba najlepiej oddałby moje odczucia, ale niemy zachwyt kiepsko sprawdza się w druku. Spróbujmy inaczej. Terry Gilliam to dla mnie ktoś najbliższy do autorytetu. Praktycznie czego ten facet by się nie dotknął zamienia się w złoto. Najpierw działalność w Monty Pythonie i początki przygody z reżyserią( MP i Święty Graal, Żywot Briana), potem filmy ukierunkowane na nieco młodszego widza- Jabberwocky i Time Bandits. W końcu pierwsza naprawdę poważna produkcja- Brazil. Film absolutnie fantastyczny, wizja przyszłości w stylu retro, "niedzisiejsza" już w momencie premiery. Dalej Przygody Barona Munchausena, wizualnie produkcja najbliższa Parnassusowi, choć w dobie dzisiejszych efektów specjalnych trąci już nieco myszką. Tematycznie również zbliżona, traktująca o potędze wyobraźni. Fisher King czyli pierwsze wyjście na szerokie wody kina w pełni komercyjnego, topowi aktorzy( Robin Williams i Jeff Bridges) w kolejnej fantastycznej opowieści traktującej o mądrości szaleńca. W końcu 12 Małp, arcydzieło science-fiction, dla mnie lepsze nawet od Matriksa, bo pozbawione efektów specjalnych, za to z głębszym rysem psychologicznym, lepszym aktorstwem( ba jedne z najlepszych kreacji Pitta i Willisa, o ile nie najlepsze w całym ich dorobku) i bardziej kameralnym nastrojem. Potem o Gilliamie nieco przycichło. Las Vegas Parano/Fear and Loathing in Las Vegas to kolejny fantastyczny obraz, znów w gwiazdorskiej obsadzie( Depp i Del Toro), znów osadzone na pograniczu fantazji i rzeczywistości( w tym wypadku fantazji narkotycznych- We can't stop here, this is bat country!

), a mimo to film przeszedł bez echa. Tideland to już film naprawdę niszowy, jak zwykle pogranicze świata realnego i fikcji- tym razem z punktu widzenia małej dziewczynki, która podaje kochanemu tatusiowi narkotyki. Film niezwykle trudny, wymagający od widza spojrzenia na świat oczami dziecka i nabrania dystansu do tego, co dorośli uważają za obrzydliwą rzeczywistość. Jak dla mnie lepsza wersja Labiryntu Fauna z FANTASTYCZNĄ kreacją 11-letniej podówczas aktorki Jodelle Ferland- to co ta mała wyprawia na ekranie, jak mądrze i świadomie gra tak trudną rolę, jest wprost niewiarygodne. W końcu film najsłabszy- Nieustraszeni bracia Grimm z Heathem Ledgerem i Mattem Damonem. Film mógł być rewelacyjny, przedstawiony świat był urzekająco mroczny, ale wytwórnia mieszała się w scenariusz i ostatecznie wyszła trochę popcornowa papka w stylu piratów z karaibów. A potem 4 lata przerwy i mamy Parnassusa.
Wiem, że wstęp był trochę przydługi, ale chciałem w pewien sposób przybliżyć postać reżysera i zachęcić do zapoznania się z innymi jego filmami, bo Parnassus jest hołdem dla Heatha Ledgera, ale przede wszystkim jest to ukoronowanie całej twórczości Gilliama. Film absolutnie niewiarygodny, niesamowity i jedyny w swoim rodzaju, produkcja, która powinna przejść do kanonu kinematografii. Gilliam to chyba ostatni człowiek w Ameryce, który pamięta, ze film to nie bullet-time, nie pościgi, nie bluzgi, nie nieuzasadniona przemoc, nie gniew, nie szał. Że film to nie narzędzie do zarabiania milionów na najniższych ludzkich instynktach i żądzach. Nie, film- tak jak książka, to medium, które pozwala autorowi kontaktować się z odbiorcą. To medium, które z jednej strony pozwala twórcy przekazać swoje wizje, ale z drugiej strony pobudza wyobraźnie odbiorcy. Parnassus jest właśnie takim filmem, co więcej to jest film między innymi również o tym. O opowieściach, o potrzebie marzeń, o potrzebie wyobraźni, ale również o tym, że nasze marzenia odzwierciedlają to kim naprawdę jesteśmy.
Fabularnie pewne punkty filmu można przewidzieć, przynajmniej w ogólnym zarysie, ale to naprawdę nie przeszkadza. Liczy się obraz, kloszardzi w stylu barokowym, a może barok w wydaniu kloszardów w świecie realnym- czyli piękno i przepych utaplane błotem( i to w najlepszym wypadku) i porażający oczy świat fantazji, który znajduje swoje źródło w bardzo prostych odczuciach, by nie powiedzieć rządzach. Wszystko okraszone dobrym humorem, momentami w Pythonowskim stylu( Piosenka Policjantów

), trzymające w napięciu i okraszone nutką tajemnicy. Do tego punkt kulminacyjny filmu to cudowne, piorunujące dla oka i umysłu połączenie dzisiejszych możliwości w zakresie efektów specjalnych z fantazją Gilliama. Istny majstersztyk.
Wiem też, że dla wielu osób Gilliam jest postacią anonimową, a prawdziwym magnesem jest Heath Ledger. Jako Joker był absolutnie obłędny, ale była to właściwie jedyna tak udana rola. Po obejrzeniu Parnassusa oddaję królowi, co królewskie i mówię- Heath Ledger był wielkim aktorem. Siła i różnorodność jego ekspresji sama w sobie oszałamia, a przecież oprócz tego Ledger był obdarzony zaskakująco potężnym głosem, który dodatkowo zwiększał jego naturalny potencjał do wyrażania emocji. Nie dziwię, się Gilliamowi, że to właśnie tego aktora obrał sobie za Tony'ego, bo bez wątpienia Ledger podołałby wszystkim wcieleniom swojego bohatera gdyby było mu to dane. Niestety wszyscy wiemy, co stało się pomiędzy zdjęcimi scen realistycznych i fantastycznych. Dlatego też w świecie fantazji postać Tony'ego grają Johnny Depp, Jude Law i Colin Farrell. Mówiąc szczerze- gdybym nie wiedział o śmierci Ledgera w życiu nie domyśliłbym się, że to nie był celowy, od początku zaplanowany zabieg reżysera. Wszyscy trzej świetnie wywiązują się ze swoich ról. Z jednej strony każdy przedstawia nieco inną stronę Tony'ego, inne jego cechy, z drugiej strony ani na chwilę nie wdarła się do mojej głowy myśl, że jest to inna postać. Film jako całość stoi na bardzo wysokim poziomie aktorskim, ale ja do tej plejady gwiazd chciałbym dołączyć Andrew Garfielda, który zagrał Antona. Zdołał wyróżnić się przy takim natłoku gwiazd, to budzi szacunek. Jest wielu znanych aktorów młodego pokolenia, którzy byliby w stanie zmarnować tę rolę, Garfield wykorzystał cały jej potencjał.
Kończąc- wychodząc z sali kinowej nie czułem potrzeby ponownego obejrzenia tego filmu. Czułem coś zdecydowanie bardziej złożonego. Czułem się jakby czegoś mi brakowało, jakby coś zostało mi odebrane, jakby jakaś magiczna część mnie została na sali. ale jednocześnie czułem się też jakbym dostał też coś w zamian, niewiarygodne przeżycie, które trzeba na spokojnie ogarnąć żeby w pełni je zrozumieć. Bękarty Wojny jako forma były dla mnie fantastycznym filmem, który przez całą projekcję dostarczał mi masę frajdy, więcej niż zrobił to Parnassus. Ale po wyjściu z kina film Gilliama przetrwał w mojej głowie o wiele wyraźniej i silniej. Bękarty to "tylko" zlepek obrazów i dźwięków radujących zarówno umysł, jak i zmysły, ale Parnassus był dla mnie swojego rodzaju przeżyciem duchowym, to produkcja, którą przeżywa się o wiele głębiej. Jeżeli ktoś kocha fantazję, po prostu musi zobaczyć ten film.