|
Chcesz konstruktywnej krytyki, proszę bardzo.
Od początku powtarzam, że największym rywalem Wisły jest...Wisła. Nasi grajkowie słyną z miękkiej psychiki. Jak pierwsi strzelą bramkę, to potrafią wygrać mecz, jak stracą, po prostu uchodzi z nich para. Poza tym wystarczy, że ktoś niepotrzebnie nadmucha balon (kibice, media) i już wychodzimy na boisko w przeświadczeniu, że rywal położy się przed nami.
Ważne mecze przegrywamy w głowie. Niestety tak było i jest. Nic a nic pod tym względem się nie zmieniło i to jest najbardziej niepokojące. Nie wiem, kto ponosi za to winę. Może trener, może nie. Ale jedno jest pewne. Jeśli rywal nie da nam pograć i ma większą wolę walki, siadamy psychicznie.
Zauważcie, że po straconej bramce Wisła przestała de facto grać. Nie było żadnych przesłanek, że możemy ten mecz zremisować. A właśnie wtedy powinniśmy przycisnąć Lecha, rzucić się na nich. A my sprawialiśmy wrażenie totalnie zagubionych, graliśmy na aferę, nie mogliśmy rozegrać jakiejś sensownej, logicznej akcji.
I na prawdę nie w tym rzecz, czy zdobędziemy majstra czy nie, bo podejrzewam, że zdobędziemy. Ale chodzi o naszą postawę mentalną w rozgrywkach europejskich. Na chwilę obecną uważam, że nie jesteśmy w stanie przeskoczyć pewnego poziomu, poziomu polskiej ligi, notabene coraz gorszej.
Amen.
|