Uran - widziałem transformersy zarówno w kinie, jak i na komputerze. Na komputerze to była kompletna szmira, ale za to w kinie - zabawa była przednia. Akcja, akcja, akcja, walki, walki, walki

fajnie się to oglądało z kolegami. Kiedy po wyjściu z kina ściągnąłem sobie ten film, żeby go obejrzeć jeszcze raz, wyszły te wszystkie braki o których mówisz.
Yoda - Jak koledzy powyżej nie rozumiem Wolverina, całkiem fajny film, podobnie jak transformersy dobry do obejrzenia w kinie i nie wracać do niego przez parę lat. Nie rozumiem też Kac Vegas, byłem na tym filmie dwa razy w kinie, raz oglądałem go w domu i owszem, jest parę mniej śmiesznych momentów, ale poza tym film obfituje w prześmieszne gagi. Trochę jak "testosteron" choć zupełnie inaczej. A z plusami nie mogę sie nie zgodzić.
W środę poszedłem do arsu na bękarty wojny i... Ja pierniczę, ale syf! Dawno, naprawdę dawno nie byłem w kinie na czymś równie słabym. Wynudziłem się na tym filmie jak nigdy w kinie. Ten film jest na poziomie 1612(?, ten ruski film z żebrowskim) albo Wanted: Ścigani. Słowem: Kupa na nieziemskim poziomie. Film krzyczy debilną i przesadzoną brutalnością. Narzekałem z tego samego powodu na death proof, i do niedawna to był jeden z moich najmniej ulubionych filmów, ale... na nim się nie nudziłem.
Dla mnie Tarantino nakręcił dwa bardzo dobre, ciekawe filmy, mianowicie Pulp Fiction oraz Reservoir Dogs, niezłe Kill Bill vol. 1 i... to by było na tyle. Prawda jego filmy są oryginalne ale... Grindhouse podobno nawiązujący do filmów drogi w ogóle tego klimatu nie trzymał. Drugi Kill Bill to zagmatwana mieszanka stylów, i zamiast arcydzieła wyszedł film-schizofrenik nie mający pojęcia czym właściwie jest.
Bękarty... Na pewno niesamowity i nieziemski Brad Pitt. Na pewno początek filmu, scena w domku na prowincji. Ale jak to się mówi "miłe złego początki". W głowie mam fragment w lesie, gdzie okaleczani są niemcy. W pewnym momencie pojawia się motyw który został jak mi się wydaję podwędzony z Przekrętu czy Rocknrolli, mianowicie imię jednego z bochaterów i jego krótka historia. Dlaczego nie został opisany jak reszta, albo reszta nie została opisana jak on? Kolejny minus - drętwe dialogi, coś czego się absolutnie po tym filmie nie spodziewałem. Kolejny - całkowita przewidywalność tego filmu. Kto był zaskoczony śmiercią Williego w piwnicy? Kto był zaskoczony wręcz szekspirowską śmiercią żydówki i niemca w pomieszczeniu z projektorem? Kolejny - wspomniana wcześniej brutalność, widziałem ostatnio w tv film na podstawie gry postal. Kto nie grał ten pewnie słyszał, gra była prostacka. Gra była Bękartami Wojny, a film doskonale pokazał jak można wykrzesać z tego kretynizm i niesmaczności trochę humoru i dobrej zabawy, bękarty tego nie robią. W momentach w których akurat się nie nudzimy - jesteśmy zniesmaczeni tym co widać na ekranie. Scena z majorem, generałem i Churchillem była kompletnie pozbawiona brytyjskości, tych wszystkich stereotypów o wyspiarzach. Oglądałem ostatnio kilka filmów kręconych przez brytyjczyków, w których grali wyspiarze i jedno w czasie oglądania wyżej wymienionej sceny mnie trafiło. Ci ludzie mówili jak amerykanie. Ktoś może powiedzieć "Hej, co ty gadasz barani łbie?! Przecież ty znasz angielskie akcenty tylko z filmów!" Owszem, ale odnoszę się do mojej wiedzy
Podsumowywując "Bękarty Wojny" przypomina mi "300" których ostatnio miałem nieprzyjemność oglądać. Film o którym dużo się mówi. Film o którym mówi się że jest dobry(bardzo?). Film z aktorami któych lubię, w konwencji którą lubię, z reżyserem którego lubię, na ciekawy temat. Film do którego nie będę chciał wrócić.
PS.
To była chyba druga najlepsza kreacja Pitta, zaraz po wymienionym tu przeze mnie przekręcie.