Gordian napisał(a):

|
Transformers: Zemsta upadłych - Również kino nastawione na akcję. Odrobinę słabszy niż część pierwsza, ale równie przyjemnie się go ogląda. Film może niezbyt ambitny, ale śmiało można zobaczyć. Nie miałem przekonania w ogóle do transformersów. Ta tematyka wydawała mi się tak kiczowata, coś w stylu japońskich kreskówek (Yataman). Samochody zmieniające się w olbrzymie roboty ? Wydawało mi ie to po prostu dziecinne, wydawało mi się że wyrosłem już z tego lata temu. Tymczasem autorom udało się uciec od dziecinnej tematyki i zrobić na prawdę dobry film akcji. Ktoś kiedyś pisał, że jest jeden z najgorszych filmów tego roku. Nie mogę się z tym zgodzić.
|
Czuję się wywołany do tablicy, bo to chyba ja to napisałem, albo coś w tym stylu. Zgodzę się z jedną rzeczą ROTF-a ogląda się z pewną przyjemnością, w trakcie seansu się nie nudziłem, a i w domu zdążyłem obejrzeć ten film ze dwa albo trzy razy, ale... Ten film jest jak badziewna piosenka, którą cały czas się nuci( coś w stylu "Last Christmas"). Niby bawi, ale z drugiej strony ten film to potwarz dla kinematografii.
Zacznijmy od gry aktorskiej, która w zasadzie nie istnieje. Megan Fox- fajnie wygląda na ekranie, nawet pomimo tony amerykańskiej tapety, ale aktorką to ona jest żadną i w żaden sposób nie budzi sympatii. Shia LeCośtam- z każdym filmem, który oglądam koleś mnie coraz bardziej denerwuje. Wszędzie gra kozaka, który próbuje być wygadany- ale nie jest. Sypie coraz słabszymi tekstami i robi to w coraz gorszym stylu, to co w pierwszej części budziło sympatię do bohatera, teraz powoduje w najlepszym wypadku znudzenie. Trzeci do kompletu- pseudozabawny latynos, któremu cały czas przydaża się coś w jaja. Niezabawny i antypatyczny. Na tym tle najlepiej wypada Torturo, pomimo faktu, że jego rola jest nudna, sztampowa i fatalnie napisana- to raczej zbiór przypadkowych tekstów niż poważna kreacja aktorska, szczęśliwie Torturo potrafi to uratować swoim warsztatem. Poza tym drugi i trzeci plan to tylko zbiór kliszowych postaci jakich na ekranach widzieliśmy już setki( no może poza pretenderem vel "robocicą", ale powiedzmy sobie szczerze- tę rolę z powodzeniem mogła zagrać jakaś aktorka porno).
Ale kiepskie aktorstwo to jedna strona medalu, nieszczęście dopełniają fatalnie napisane dialogi i kwestie. Kiedy brytyjski żołnierz wyskoczył z tym "mhrocznym" tekstem na lotnisku, tylko fakt, że siedziałem na sali kinowej, powstrzymał mnie przed turlaniem się ze śmiechu po podłodze. Dodajmy do tego, że 50% kwestii w filmie to: "RUN!RUN!RUN!", "DRIVE!DRIVE!DRIVE!", "FAST!FAST!FAST!", "WE'RE GOING TO DIE!WE'REGOING TO DIE!", "OH MY GOD!OH MY GOD!". Zresztą to było już zmorą pierwszego filmu, choć nie w takim stopniu. Idźmy dalej. Ten film to nie tylko ludzie, to przede wszystkim roboty- wielkie, inteligentne, gadające roboty. Najwięcej czasu ekranowego dostaje robot, który nie gada tylko z niewiadomych przyczyn znowu popiskuje i mruczy. Obok niego dwa dziwadła stylizowane na niedopieszczoną młodzież z getta. O Optimusie i Starscreamie napiszę dalej. Dodam tylko że z całego tałatajstwa poziom trzyma Megatron, który ma przyzwoicie napisane kwestie i świetnie podłożony głos przez Hugo Weavinga. Scalpel vel Doktor też jest OK. Jetfire i Wheelie powiedzmy, że ujdą, chociaż od natłoku dziwnych pokracznych robotów w tym filmie robi się niedobrze. O reszcie trudno coś powiedzieć, bo praktycznie nie dostają czasu na ekranie.
Następna kwestia to scenariusz i cała koncepcja filmu. Przede wszystkim razi ordynarny dowcip, nie mówię, że pierwsza część trzymała pod tym względem niezwykle wysoki poziom, ale nie raziła. Przez pierwszy kwadrans filmu o wielkich robotach z kosmosu dwa razy widzimy jak dwa psy za przeproszeniem ruchają się na kanapie. Potem "arcyzabawny" latynos kilkukrotnie robi sobie coś w jaja, a na koniec dostajemy gigantycznego robota, który co robi- pokazuje nam swoje jaja. JA SIĘ PYTAM PO CO TO? Dalej- o ile pierwsza godzina filmu do momentu walki w lesie jest fajna, żywa, efektowna i nawet ciekawa, to następna godzina to żałosne popłuczyny po Indianie Jonesie- tylko, że odarte z humoru, akcji, przygody i logicznej sekwencji zdarzeń. Właściwie wszystko dzieje się deus ex machina. Miałem napisać, że autorzy spokojnie mogliby wpleść w ten film jakiś epizod w rzeźni i tak nikt nie skrażyłby się, że film jest przez to mniej logiczny. Miałem napisać, ale przypomniałem sobie, że przecież faktycznie bohaterowie w pewnym momencie lądują w rzeźni. No i na koniec koronny zarzut- to miał być film o wojnie dwóch frakcji gigantycznych robotów z kosmosu, a Bay zrobił z tego kolejny film pod tytułem Omnipotentna Armia Amerykańska vs. paskudni źli kosmici. Serio, momentami oglądając ten film czuję się jakbym oglądał materiały rekrutacyjne do marines, a nie film.
Tutaj kończą się narzekania normalnego człowieka, który od filmu wymaga szczypty sensu, dobrego smaku i choć namiastki ambicji. Natomiast zaczyna się wywód fana transformerów. Zacznijmy od kwestii podstawowej- postaci Optimusa Prime'a. Dla mnie oglądanie ROTF to tak, jak dla katolika filmu o haremie Jana Pawła II. W normalnych okolicznościach wielu katolików wizję haremu uznaje za całkiem atrakcyjną i kuszącą, ale nie kiedy jego właścicielem miałby być Papież, to po prostu nie współgra. Podobnie ja uważam, ze nie ma nic złego w bohaterach filmów, którzy dobijają przeciwnika sypiąc jakimś czerstwym tekstem, albo rozrywają rywalowi głowę za pomocą haków, ale nie kiedy robi to Optimus Prime. Prime to zawsze był symbol cnót wszelakich, koleś który był gotów podłożyć łeb pod topór tylko dlatego, że wcześniej dał słowo i nawet czyjaś zdrada nie zwalniała go z danego słowa, a nie maniakalny morderca, rozrywający innych gorącymi hakami. Starscream- ten gość to zawsze był bardzo sprytny, dwulicowy zdradziecki typek, który cierpiał na przerost ambicji i łatwo wpadał w szał. W filmie zrobili z niego Toadiego, kogoś kim księciunio Megatron może ciskać o ściany.
Druga sprawa dla kogoś, kto nie jest za pan brat z tym uniwersum, transformery to zwykłe zabawki. Samochody zamieniające się w roboty, coś śmiesznie dziecinnego, z czego faktycznie trudno sklecić jakąś fajną fabułę. Natomiast jeśli ktoś śledził losy transformerów chociażby jako dzieciak, to wie że Transformery to kopalnia gotowych pomysłów potrzebujących jedynie drobnego odświeżenia i dobrej oprawy. Komiksy z pierwszej generacji to 80 numerów zapełnionych różnymi mniej i bardziej ciekawymi pomysłami. Do tego olbrzymia biblioteka już gotowych, zaprojektowanych postaci, o unikalnych charakterach, sposobach postępowania. Do tego od kilku lat IDW publikuje nowe komiksy o transformerach, które pod względem fabuły biją na głowę wszystko, co było w filmach, choć cały świat, poza postaciami, jest tworzony od nowa, ewentualnie wykorzystując jakieś wcześniejsze motywy, ale w nowy sposób. Tak na szybko- matrix of leadership- w tym filmie to jakiś śmieszny kluczyk, w oryginale wszechmocny byt obdarzony własną wolą, pędzony chęcią poznania i zrozumienia życia, ale działający jak małe dziecko, które złapało pająka i urywa mu nóżki- coś w rodzaju pierścienia władzy z Władcy Pierścieni.
1q2 napisał(a):

|
Kilka słów o filmie Cloverfield - nie wiem czy był tu opisywany - w skrócie historia bardzo podobna do Reca ,gdzie całe zagrożenie jest innej postaci niż w tym hiszpańskim hiciorze - nie chcę nic pisać więcej by nie psuć zabawy a mimo całej wtórności ,mi się ten film dobrze ogladało.Czyli pozycja aż i tylko - do oglądnięcia.
|
Cloverfielda oglądałem jakiś czas temu, a na REC-a zdecydowałem się niedawno( nie jestem fanem gatunku). REC i Cloverfield moim zdaniem nie mają zbyt wiele wspólnego- poza sposobem nakręcenia. REC to do ostatniego pokoju zwykła historyjka o zombie/wirusie/wampirach w konwencji survival horroru. Dopiero w końcówce pojawia się dosyć niepokojący skręt, który mam nadzieję został fajnie rozwinięty w drugiej części( chyba niedługo w kinach). W skrócie klasyczny motyw eliminacji/zarażania w zamkniętym środowisku z dolepioną ciekawą fabułą, która jeszcze nie do końca wypaliła. Cloverfield to film łączący elementy survival horroru, motywu Godzilli i filmu katastroficznego. Duży nacisk jest położony na relacje między bohaterami, na ich uczucia i to co nimi kieruje. Postacie w Cloverfieldzie to coś więcej niż sztampowe mięso do zeżarcia dla potwora zza rogu. Zresztą do samego końca potworów w Cloverfieldzie jest bardzo niewiele. Na pewno bardzo ciekawy i dosyć oryginalny, a co również ważne- dobrze zrealizowany kawałek kina. O ile REC-a jak ktoś nie lubi horrorów może swobodnie sobie odpuścić, to Cloverfield dotrze na pewno do szerszej rzeszy odbiorców.