|
Ja się dzisiaj, a właściwie wczoraj, wybrałem i nie żałuję, nawet zastanawiam się, czy nie pójść jeszcze raz. Przyznam, że "banan" z twarzy nie schodził mi aż do ostatniej sceny. Nie dlatego, że film jest śmieszny( momenty komiczne jak najbardziej są, choć dominuje czarny humor). Chodzi przede wszystkim o to w jak inteligentny sposób zaprojektowane są poszczególne sceny i dialogi. Nie ma scen pustych, bezwartościowych, które byłyby jakimś na siłę wepchniętym fabularnym spoiwem. Każda scena zaprojektowana jest tak, aby miała w sobie napięcie, dramaturgię, by przykuwała uwagę widza. Przy tym sceny nie są sztucznie wydłużane, wyglądają bardzo naturalnie, są bardzo logiczne. Jednocześnie o scenariuszu nie można powiedzieć, że pod względem fabuły jest arcydziełem. Jest to tylko ciekawa, wciągająca, sprawnie opowiedziana historyjka, z pogranicza filmu szpiegowskiego i wojennej kaszany klasy B. Natomiast najsilniejszym punktem filmu jest bezsprzecznie gra aktorów. Sporo dosyć znanych nazwisk, gwarantujących niezły poziom: Brad Pitt( nie trzeba przedstawiać), Diane Kruger( Troja, Apartament, Skarb narodów), Til Schweiger( taki niemiecki Brad Pitt), Daniel Bruhl( Goodbye Lenin), uzupełnionych aktorami głównie z Niemiec i Francji. Najciekawsze jest to, że film co najwyżej w połowie jest po angielsku. Duża część dialogów odbywa się po niemiecku i francusku. Co więcej w 9obrębie jednego dialogu, używane przez bohaterów języki potrafi zmienić się kilkukrotnie. Angielski znam dobrze, niemiecki piąte przez dziesiąte, a francuskiego wcale, ale poszczególne role są tak dobrze zagrane, że wystarczy pobieżnie zerkać na napisy by bez problemów rozumieć co dzieje się na ekranie i wychwytywać niemalże wszystkie smaczki. Większość ról jest ciekawa, ale jedna wybija się zdecydowanie. Christoph Waltz zagrał niemieckiego pułkownika Hansa Landę, nazywanego "łowcą żydów" i zrobił to niesamowicie. Niewiarygodna kreacja, bardzo sugestywna na granicy groteski i wcale nie jednoznacznie negatywna. Jeżeli ktoś twierdzi, że rola Jokera w ostatnim Batmanie to był aktorski Mount Everest, to ja twierdzę, że Waltz jest z innej planety, gdzie góry są zdecydowanie wyższe. Facet nienagannie włada czterema językami i posługując się każdym z nich w fenomenalny sposób potrafi kreować swoją postać. Czapki z głów, jak dla mnie pewniak do Oscara.
Uwaga teraz spoilery, poniżej moje pytania/przemyślenia skierowane do tych, którzy film już widzieli.
Inna sprawa to odbiór filmu przez widzów. Może to ja jestem spaczony i nienormalny, ale czytając komentarze na filmwebie jestem załamany. Ludzie mówią o satysfakcji przy scenach mordu na Niemcach, że Tarantino chciał dać widzom rozkosz zemsty. Ja zupełnie tego tak nie odebrałem wręcz przeciwnie. Jak dla mnie Tarantino pokazuje, że w trakcie wojny nie mapodziału na dobrych i złych, po obydwu stronach trafiają się jednakowe sk****syny. Tytułowe bękarty zdzierają niemieckie skalpy i wycinają szwabom swastyki na czołach. Współpracująca z aliantami Hammersmark najpierw przekonuje Williego, żeby wpuścił Raine'a do piwnicy, że wszystko będzie w porządku, a potem to ona, a nie Raine zabija Niemca. Na koniec wbrew umowie i zupełnie bez powodu zabity zostaje telegrafista, a Raine wie, że nie spotka go za to żadna kara. I w drugą stronę- Niemcy są przedstawieni z ludzką twarzą, a nie jako bezwzględni łowcy żydów, czy mięso armatnie dla bękartów. Oczywiście są smichy-chichy z Hitlera i Goebbelsa. Ale Landa jest przedstawiony jako bardzo inteligentny i wszechstronnie wykształcony człowiek, który wykonuje swoją pracę, bez dodatkowych emocji. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia- dla aliantów jest łowcą żydów, dla Niemców dobrym detektywem. Podobnie oficer SS- jest raczej przebiegłym rywalem niż szalonym okrutnikiem napędzanym rządzą mordu. Oczywiście nie ma upiększeń, naziści są rasistami itd., ale gdyby Tarantino chciał dawać widzom satysfakcję z mordowania szwabów uczyniłby ich bardziej antypatycznymi. Taki Willi to zwykły facet jakich wielu, opija urodziny syna, a dostaje kulkę w łeb od aliantów. Niemiecki oficer w lesie, nie chce wydać towarzyszy, trzyma się rozkazów, na pytanie o żelazny krzyż z dumą odpowiada, że dostał go za odwagę, a to zaślepieni nienawiścią i żądzą zemsty bękarci w okrutny sposób mordują go. Do tego finałowa scena w kinie. Z jednej strony zemsta żydówki, przypominająca holocaust, ale z drugiej strony okrutna, przerażająca wizja, w której ofiary okazują się godne swoich oprawców. Całą scenę najlepiej charakteryzuje słowo upiorna. I na koniec kwestia, która przekonuje mnie najbardziej do przedstawionego toku rozumowania. Film propagandowy puszczony w kinie. Wiwatujący i cieszący się Niemcy- oni robią dokładnie to, co robi teraz rzesza ludzi oglądających film Tarantino bezmyślnie radują się na widok cudzej śmierci. A przecież film o bohaterze narodowym jest kalką powojennego kina amerykańskiego, w którym dzielni amerykańscy chłopcy z pieśnią na ustach odsyłają w niebyt kolejne zastępy nazistów. Jest dokładnym przeciwieństwem "Bękartów Wojny", w filmie Tarantino, mamy dwie strony- jedna warta drugiej, w filmach propagandowych jedną wyraźnie jasną i jedną wyraźnie ciemną służącą za tło dla bohaterskich wyczynów i budowania atmosfery zwycięstwa.
|