|
Niefart to się ma, jak w losowaniu do eliminacji LM trafia się na Real albo Barcelonę. Niefart to był z Valerengą - gdy 11 drwali stało na własnej połowie przez 210 minut i kopało piłką w trybuny, by dotrwać do karnych które ćwiczyli.
Nie można nazwać niefartem przegranego dwumeczu ze słabiutkim zespołem z Estonii, gdzie:
- jest ok. 300 zawodowych piłkarzy (czyli tyle, ile u nas hokeistów);
- z tych 300 większość ma półzawodowe kontrakty, dorabia oprócz kopania piłki;
- mistrz kraju jedzie autobusem ponad 1000 km na mecz pucharowy.
Jeszcze gdybym widział w pierwszym meczu przygniatającą przewagę naszych, 10 słupków i poprzeczek, 20 zmarnowanych setek - to bym stwierdził, że faktycznie niebiosa były przeciwko nam.
Tymczasem w 56 minutach, które oglądałem (i tyle oglądała większość), Levadia była drużyną lepszą pod względem motorycznym, zaangażowania i realizowania założeń taktycznych.
Nie wiem z czego to wynikło, pewnie po części z naszego lekceważenia przeciwnika i po części z braku umiejętności naszych piłkarzy.
Natomiast nazywanie tego niefartem jest typowym myśleniem życzeniowym. Co więcej, oznacza założenie że kiedyś zła passa się odwróci. Tymczasem będzie dokładnie odwrotnie. Z tym trenerem i tymi piłkarzami jest bardzo duża szansa, że wtopa w pucharach się powtórzy. Nie dość, że piłkarze są tacy sami (słabi), to jeszcze zostali utwierdzeni w przekonaniu, że nic się nie stało.
Uma vez Flamengo, sempre Flamengo
|