Przykre, że żaden
sukces na krajowym podwórku nie osłodzi historycznej klęski kibicom Wisły. Wygranie mistrzostwa Polski 2010, Pucharu Polski i innych narodowych trofeów nie będzie wiele znaczyć, bo renomę zdobywa się w starciu z silnymi zagranicznymi rywalami. Przez okrągły rok w kółko antagoniści Wisły będą mogli przypominać tallińską kompromitację - i najgorsze, że są i będą do tego uprawnieni... Jedynym ratunkiem jest sukces za rok w pucharach.
Ale i tak dużo wody w Wiśle (!) upłynie zanim powróci
zaufanie w tę drużynę. Zanim znów do rund kwalifikacyjnych ze słabeuszami europejskimi (zwanymi również przez niektórych 'ogórkami') będzie można podchodzić ze spokojem i świadomością swojej siły. To kwestia minimum dwóch-trzech lat gry bez kompromitacji jak te z Norwegami, Gruzinami czy Estończykami. Bardzo to przykre, ale najwcześniej w 2011 roku Wisła powróci do łask jako poważny i silny reprezentant Polski na arenie międzynarodowej...
I nie piszcie, że to konsekwencja złej polityki w klubie. Bo to skutek głupich
błędów szkoleniowca i jego sztabu oraz lenistwa piłkarzy.
Nie piszcie też, że Cupiał się doigrał. Bo ten człowiek
zasłużył na coś lepszego, ostrożność przy transferach nie ma tu nic do rzeczy.
Mija tydzień od wstydu w Estonii i podtrzymuję swoje zdanie na temat Skorży. Niech zdobędzie Mistrzostwo Polski 2010, jeśli czuje się na siłach (ja mu daję nie więcej jak 20% szans). Ale niech tę drużynę za rok w pucharach poprowadzi ktoś, kto zrobi to, czego teraz nie ma:
- uwolni z tej drużyny ogromny drzemiący w niej potencjał,
- potrafi zmobilizować zawodników
oraz
- będzie umiał znieść presję (!).