|
Chciałem, żeby w finale szybko padła bramka i liczyłem że to ożywi mecz. Stało się dokładnie na odwrót.
Przez pierwsze 10 minut pachniało niespodzianką. Barca zepchnięta do defensywy, agresywny pressing MU i kilka sytuacji Diabłów (choć żadna 100%). Raził jedynie Wielki Narcyz z Żelem na Głowie (dalej: WNŻG), który strzelał z każdej pozycji, nie widząc kolegów na boisku.
Potem nastąpiło coś bardzo dziwnego. Najpierw solidna obrona MU zachowała się niczym amatorzy, po czym dość anemiczny strzał Eto został wpuszczony przez wydawało się solidnego Van der Sara. Holender puścił straszną szmatę, a na ogół w najważniejszych meczach nie zawodził.
I w tym momencie emocje się skończyły! MU zamiast ruszyć do boju oklapł, zawodnicy wyglądali na przybitych. Uszło z nich całe powietrze, a Barca całkowicie kontrolowała mecz. Przecież przez całe 90 minut MU nie miał ani jednej 100% sytuacji. Najbliżej był WNŻG, ale Valdes od razu przyblokował jego uderzenie w polu karnym.
Odnoszę wrażenie, że Barca zagrała ten mecz na totalnym luzie, grając na 70% swoich możliwości. Zupełnie nie rozumiem, czemu atletyczni Angole dawali taką swobodę Messiemu, Xavi i Inieście. Postawę MU widać było po wejściu Teveza. Argentyńczyk nie zagrał rewelacyjnego meczu, ale na tle kolegów i tak gryzł trawę. Co się stało z takimi walczakami jak Carrick, O'Shea czy Park Ji-sung?
Trochę dziwne, by głównym wytłumaczeniem miało być zmęczenie sezonem. Jasne, zawodnicy na pewno są zmęczeni, ale w takim meczu grają jak natchnieni, biegając na oparach.
Dawno nie widziałem finału LM, w którym zwycięski zespół był co najmniej o klasę lepszy od rywala.
Tym bardziej warto podkreślić, że Wisła Skorży potrafiła z tą kosmiczną Barceloną wygrać. Owszem, w meczu niby o pietruchę ale zwycięstwo to zwycięstwo.
Uma vez Flamengo, sempre Flamengo
|