Wyświetl pojedynczy post
kalashnikov2
Senior Member
 
Od: 02.2008

Offline

Ignoruj użytkownika Pomoc
#196
Stary 07.05.2009, 10:51
Jak ktoś czuje się zmuszany do ślubu kościelnego, czy ma rodzinę wpieprzającą się w życie intymne, to ma problem z rodziną a nie z Kościołem. Myślę, że sporo odejść od Kościoła jest wynikiem właśnie wypaczenia praktykowania religijności przez pokolenie starsze. W sporej mierze pewnie jest to związane z jego wykształceniem. Gdy jest tu przepaść między rodzicami a dzieckiem, to jest duże prawdopodobieństwo że córka czy syn odejdą od Kościoła. Gdy tej przepaści nie ma, to jest duża szansa że dzieci zachowają stosunek do wiary prezentowany przez rodziców. Pewnie duże znaczenie może mieć tutaj sposób prezentowania światopogądu - czy jest to rygor i restrykcyjność (odruchowo odrzucane), czy też głębsze przedstawienie nauczania Kościoła jako spójnej i sensownej filozofii życiowej będącej najlepszym z możliwych wyborów, a nie tylko bogobojnej obrzędowości. Wiadomym jest, że wierzący rodzic z wyższym wykształceniem, lub po prostu "obyty" w przekazywaniu wiedzy, ma w tym przypadku ułatwione zadanie nad rodzicem niewykształconym i zrobi to tak, by dzieciaka nie zrazić. Więc jeśli uczeń czy student jest całkiem zbuntowany przeciw rodzicom nie potrafiącym z nim rozmawiać, który swoje szanse i wartości wynosi zewsząd, tylko nie z domu, to raczej pożegna się z Kościołem. Choć to nie jest wina Kościoła o tyle o ile pokolenie rodziców nie potrafiło przyswoić jego nauki jako całości (bo i nie od wszystkich tego można oczekiwać, niestety). A i nie wszyscy duchowni są tacy jak np. Dominikanie. Oczywiście to samo może się dziać w przypadku rodziców wykształconycha niewierzących. Tutaj prawdopodobieństwo "odziedziczenia" niewiary też jest wysokie. Ale są i wyjątki http://tygodnik.onet.pl/1,24962,druk.html

To że część ludzi odchodzi od Kościoła jest po części winą jego masowości z czasów PRL gdy skupiał Polaków wokół walki z komuną, jako forma forma manifestacji patriotyzmu czy prośby o ratunek dla Polski. Prosili prawie wszyscy, stąd przeświadczenie o 95% katolików. Gdy przed narodem pojawiła się jako taka wolność, szanse ekonomiczne, wybory drogi życiowej o jakich w PRL ludzie mogli śnić, to okazuje się do czego większości tak naprawdę Kościół był potrzebny. Obecnie w życiu Kościoła uczestniczy 40% z tendencją spadkową. Choć i te 40% to jest grupa bardzo zróżnicowana. Bo są i mohery, są "regularsi" i łagiewniccy inteligenci (co za określenie...), ale także jest sporo młodzieży nie odrzucającej Koscioła i jego nauki ani nie identyfikującej się z jednymi i z drugimi. Przyszłość Kościoła na najbliższe dekady to prócz mszy św. - małe wspólnoty gdzie wszyscy się znają. Coś jak za pierwszych chrześcijan. Ograniczanie się tylko do masowego stania 45 min. w tygodniu na mszy nie ma przyszłości. Skoro nie ma ilości, to niech będzie jakość ;-)




================================================== ======

Illargui napisał(a):
A tak w ogóle dyskutowanie o religii, czyli sprawie dość intymnej na forum jest dla mnie dziwne.
Zaczyna się na dziwieniu się publicznej dyskusji o przynależności do wspólnoty, a kończy na zakazie noszenia symboli religijnych Kościół to wspólnota wielu ludzi, a nie intymne przeżycie.

========
Ostatnio edytowane przez kalashnikov2 : 08.05.2009 o godz. 14:23.
Odpowiedz cytując