|
Strasznie dawno mój nick nie zaistniał na tych stronach, ale dzisiejszy temat zmusza mnie do dodania kilku słów od siebie.
Tomasz Frankowski był moim ulubionym piłkarzem Wisły. Lubiłem go po części za jego dokonania boiskowe, ale po części też za to, jakim był człowiekiem prywatnie. Miałem to szczęście, że jako dzieciak, jeszcze z mlekiem pod nosem, mieszkałem na tej samej ulicy co Pan Tomasz. Byłem wtedy w gimnazjum, świadomość tego, iż czołowy piłkarz mojego ukochanego klubu jest praktycznie moim sąsiadem, była czymś niesamowitym. W mojej małoletniej głowie Pan Tomasz utkwił mi jako niezmiernie życzliwy, bardzo otwarty i nie pozorujący się na wielką gwiazdę. Jako gówniarz wydzwaniałem domofonem do niego z prośbą o kolejny autograf dla kolejnego kumpla ze szkoły. Jako gówniarz wymyśliłem przeprowadzenie z nim wywiadu do gazetki szkolnej. A on, zamiast grzecznie odmówić i nie zawracać sobie głowy bachorem, jakich wielu, przyjął mnie w swoim domu i poświęcił dla mnie czas. Wtedy też poczułem do niego ogromny szacunek, taki banalnie ludzki szacunek.
Dlaczego o tym piszę? Otóż późniejsze wydarzenia, które zdeterminowały podział wśród kibiców na pro i anty franek, postawiły mnie w dość trudnej sytuacji. Z jednej strony Frankowski był dla mnie nie tylko dobrym piłkarzem, ale również dobrym człowiekiem, z drugiej jednak strony nie mogłem dociec, co też kierowało nim podczas tych nieszczęsnych perturbacji zakończonych dość miernym transferem zaraz po porażce w Atenach.
Tak to zazwyczaj jest, można zrobić mnóstwo pozytywnych rzeczy, jednak gdy choć raz przekroczy się granicę z tabliczką "rzeczy złe", opinia o człowieku diametralnie się zmienia. Cytując klasyka, "nieważne jak mężczyzna zaczyna, ważne jak kończy".
Dla 90% piłkarzy klub, w którym grają, jest tylko zakładem pracy. Dla Pana Wisła nie była tylko zakładem pracy. Był Pan symbolem Wisły przełomu wieków. Dlatego ta sprawa wywołała tak zażarte dyskusje w wiślackim gronie. Dlatego ten temat ma już tyle stron.
Daleko mi od nazywania Frankowskiego zdrajcą, judaszem etc. Mam wielki szacunek do niego za to co zrobił dla Wisły i za to co zrobił dla mnie, bo wspomniane wcześniej wydarzenie było dla mnie jako małolata bardzo znaczące, jednak sprawa odejścia z Wisły zostawia duże rysy. I nieważne, co zostanie tutaj jeszcze powiedziane, rysy pozostaną.
Dla niektórych pozostanie Pan zdrajcą. Dla niektórych mimo wszystko czymś w rodzaju ikony. Dla większości zostanie pan zwykłym piłkarzem, który kiedyś nosił Białą Gwiazdę na sercu. Zwykłym. I to chyba najgorsze, co może być.
|