|
Nie jestem aż tak stary, żeby pamiętać z boiska Reymana, ale Kmiecika i innych z jego pokolenia pamiętam dobrze. Że Franek jest materiałem na bohatera tej samej klasy, choć w swoim stylu, wiedziałem od początku. Dlatego jak jakiś gówniarz chodziłem za nim na mecz, który grał za karę na Wieczystej czy na spotkania, które miał z dziećmi w salkach parafialnych. Nie wiem, kto wylansował opinię, że kapitan nie ucieka z tonącego okrętu, ale na pewno to ja pierwszy użyłem tych słów na forum, po jego nagłym odejściu. Pan Frankowski dziwi się dziś, że młodzi kibice mogli widzieć w nim legendę klubu, albo że mogli o o jego właśnie odejściu myśleć w kategoriach zdrady Lorda Jima. I to jest szczere, bo w jego pokoleniu nikt nie myślał w tych kategoriach. I on sam z pewnością tak o swoijej karierze nie myślal. Ale potem to myślenie się odrodziło wśród krakowskich kibiców, i to w ogromnej mierze dzięki Niemu - nie tylko dzieki jego bramkom, ale i dzięki temu, z jakiej strony dał się poznać jako człowiek, i jaka była jego historia w klubie, (co było widoczne), w mediach i w reprezentacji (Janas) i jak on umiał jednym i drugim i trzecim pokazac swoją wartość. Zaszło więc obustrone nieporozumienie, na którym pan Frankowski stracil niestety chyba najwięcej. Odejście z Wisły dało Janasowi medialną możliwość nie powołania go na ME. Na Zachodzie stracił sportowo 3 lata. Piłkarz, nawet największy, nie jest w pojedynkę kowalem swego losu. Jego wielkość tworzy też drużyna, klub, kibice na trybunach i w domach, i miasto, które potrafi tworzyć ludzi i pamiętać o nich. Ale tym, że teraz napisał na forum Wisły swój honorowy post, Franek potwierdził przynajmniej, że nie byliśmy naiwni i nie myliśmy się co do niego uważając, że może być jednym z bohaterów Krakowa. Jeśli to już koniec tej historii, to przynajmniej dla wszystkich zostaje z niej nauka, że jednak liczy coś oprócz tego, jak wysoka jest wpłata na konto.
|