|
Tak lekko offowo pozwolę sobie nawiązać do Słowaków.
Przez ferie miałem okazję w takim miejscu, w którym stosunek Polaków do ludzi innych narodowości był mniej więcej 1:1. Dotychczas żyłem w przekonaniu, że najtrudniej dogadać się z Francuzem, bo to bufon, bo ma kompleks wielkości, nie uczy się języków itd. Otóż nie, najgorsi są w moim mniemaniu Słowacy, przynajmniej ci z "wyższej półki", że sobie tak ich pozwolę nazwać. Francuz, jeśli go nie zrozumiałem starał się wytłumaczyć. Anglik gadał, dopóki nie uznał, że rozumiem go w 100%. A Słowak? Słowak uważa, że ja go muszę rozumieć. Mimo tego, że mówili w większości choć trochę po angielsku czy niemiecku, żaden z nich nie zniżyłby się do mówienia w innym języku, "bo przecież nasze są takie podobne".
I tu chcę powiedzieć, o co mi chodzi. Słowacy na euro moim zdaniem stracili część swojej tożsamości narodowej którą mieli po raz pierwszy, i z którą mogli się obnosić. Mogli mówić "Jestem Słowakiem, mam stolicę, mam parlament, prezydenta, mam FLAGĘ, GODŁO, i WALUTĘ!" Odnoszę wrażenie, że dla części Słowaków było to równie ciężkie to "strawienia" co ewentualna ponowna unifikacją z Czechami.
Owszem są pierwsi w regionie, co najmniej dwa lata przed innymi, ale zapłacili za to dużą cenę.
Co do euro w Polsce osobiście jestem na nie. Euro oznacza względną stabilizację cen, ale czasem europejski bank centralny, czy kto tam zarządza stopami euro, będzie się kierował sytuacją we Francji, Włoszech czy Niemczech, niż kłopotami krajów Wyszehradzkich. Własna waluta oznacza skoki cen usług ( wakacje, podróże) i towarów importowanych. Ma to swoje plusy (wakacje 2008, euro w okolicach trzech złotych, dolar dwu) i minusy (aktualna sytuacja, waluty lecą w górą). Ja, gdyby ktoś mnie pytał o zdanie, byłbym raczej negatywnie nastawiony do pomysłu wprowadzenia ojro.
|