|
Hmmmm, dlaczego wszystko co wydaje się dobrym pomysłem następnego dnia okazuje sie debilizmem?
Poszedłem wczoraj na piwo, bo miałem 2,5 godziny okienka. Wszystko fajnie, posiedzieliśmy z kumplami, jakiś film na lapku się zapuściło, piwka się wypiło. Nawet grzecznie skończyliśmy ponad pół godziny przed zajęciami i poszliśmy na w-f. I wszystko byłoby zapewne fajnie gdyby nie fakt, że jak to po świętach- pięćdziesiąt razy sprawdziłem czy wziąłem strój na zmianę, ale oczywiście zapomniałem o butach. Miałem iść do domu, już wyszedłem na zewnątrz, ale coś mnie w łeb strzeliło i stwierdziłem, że idę, rozgrzeję się w skarpetkach, przecież mnie nie zabije, a potem zejdę na jakąś siłkę, albo ping-ponga. Jak postanowiłem tak zrobiłem, nic się mnie nie czepiał na rozgrzewce, ale oczywiście musiał mi do głowy przyjść kolejny głupi pomysł. Stwierdziłem, że skoro idzie tak dobrze, to się nie będę wygłupiał i bawił w jakiegoś ping-ponga, tylko zostanę na sali i pogram w gałę. Leonidas dał radę, to ja nie dam? Nawet jakoś udało mi się pograć i nie zaliczyć żadnej gleby ani kontuzji, wszystko wydawało się fajnie. No to skoro jest tak fajnie, to co ja się będę wygłupiał i wracał tramwajem, wrócę sześć kilosów na piechtę to w końcu nic, a i mróz jeszcze nie taki wielki( dopiero 18-sta była). W połowie drogi jedyny raz zadziałał rozsądek, który stwierdził, że po w-fie wypadałoby się zapiąć i założyć chociaż czapkę. Do domu dotarłem grzecznie i w całości, chociaż nieco zmęczony, conieco zjadłem i poszedłem spać. Noc przeszła spokojnie, obudziłem się rano, w sumie fajnie gardło nie boli znaczy się będę zdrowy, wstaję z łóżka i odkrywam, że moje stopy odczuwają duży dyskomfort przy każdym zetknięciu z podłożem. Jak się okazuje podłoga w sali gimnastycznej jest zdecydowanie lepsza od pumeksu. Właśnie zastanawiam się w jaki sposób dostanę się dzisiaj na uczelnię, spadł świeży śnieg, więc pod uwagę biorę sanki, ale muszę to jeszcze przedyskutować z psem.
A tak w ogóle to dzieńdobry.
|