ludzie, wiem, że luźny, wiem, że późno... ale motyla noga uważajcie na ortografię i poprawną polszczyznę, zęby bolą jak to się czyta
Akt pierwszy.
Byliśmy dzisiaj(wczoraj) z kumplami na pizzy, potem idziemy na browarka. Opcje są trzy, Stary Port (kolega I, żeglarz), Polibuda (kolega II, ma stamtąd blisko do domu) oraz Irish Arms, z poselkiej (kolega III, chciał obejrzeć mecz Evertonu, ja). Wygrała opcja Polibudy, bo byliśmy, zdaje się w okolicy karmelickiej.
Akt drugi.
Idziemy, idziemy, nagle koledze I przypomina się R Z E C Z, a mianowicie iż jego staruszek rozwodnik pracuję ot obok, ot zaraz za rogiem, a na dodatek lubi sobie wszamać zapiekanę, które bardzo zacne serwują w Polibudzie(co kolega III i koleżaga II mieli kiedyś okazję sprawdzić). My, jako dobrzy koledzy i odważni młodzieńcy olaliśmy kolegę I i poszliśmy dalej, on siłą rzeczy z nami.
Akt trzeci.
Wchodzimy do knajpki. Pierwszą rzecz którą widzimy, jest zapiekanka, znaczy się zły omen. Idziemy w głąb, zasiadamy w fotelach, rozdziewamy się z kurtek. Kolega I, poszedł w oklice toalety, za cięższą potrzebą, czyli damskiej, gdyż jak dobrze wiedzą w tym jakże zacnym przybytku toaleta męska składa się z pisuaru oraz umywalki, a w tych, co chyba naturalne, ciężko tę potrzebę zaspokoić. W tak zwanym międzyczasie z toalety męskiej wychodzi O S O B A. O S O B A zmierza po zapiekankę, siada konsumuje. W tym czasie kolega II siedzi, i oczekuje na napitek, kolega I załatwia bardzo ważne sprawy, a kolega III, czyli moja skromna osoba zamawia napitek. Kolega I wychodzi z łazienki. O S O B A go zauważa i woła. Kolega III, tak,w dalszym ciągu to ja, podchodzi, gdyż myśli, iż to znajomy kolegi I (ciągle na szczęście nie podeszła osoba II, czyli barmanka). Kolega III rozpoznaje w O S O B I E ojca rozwodnika kolegi I. Koledzy II oraz III dają sobie znaki, iż opuszczają lokal. Telepatycznie komunikują się z kolegą I który po chwili, całkiem blady, dołącza do turlającej się po chodniku dwójki.
A morał z tego taki, że trzeba mnie słuchać, bo mam rację. Ot!