My preferowalismy takie różne zabawy z koleżankami w krzakach.
Czasami graliśmy w karty lub w butelkę w rozbieranego i totalny zjeb był jak środek lata, a kolesie przychodzą w kalesonach, trzech parach skarpet i kilku podkoszulkach. Kumpele zresztą nie były gorsze i wszystkie domowe pierścionki na rekach nosiły. Nieważne że niektóre były jak bransoleta na niewielkich rączkach. Jedna przyszła w "tych dniach" z kilkoma podpaskami (założonymi

).
Hitem był poker na pety. Konkretnie, przegrany łaził po przystankach MPK i zbierał pety. Niezapomniany widok, jak kumpel wyrywał do peta, którego ktoś wyrzucał przed wsiadnięciem do autobusu. Cała reszta ryczała ze śmiechu po drugiej stronie ulicy. Przystanki w okolicy czyściutkie, a jedynym sposobem wykupienia się od petów było pstrykanie w nos. Jeden z kolesi miał rekę jak klapa od smietnika a palce chyba po 10 cm. Ten jak pstryknął to jakby Chuck Norris z półobrotu zajebał, więc mało kto decydował się na zamianę.
Piękne czasy.