jedną z rozrywek moich kumpli z tego okresu to była pirotechnika.
Zdobywanie odczynników to tej zabawy to osobna historia, oczywiście wynoszenie z zakładów na różne sposoby.
Kumpel stworzył na bazie bodaj chloranu potasu materiał wybuchowy, jak położył na ziemi i walnął kamieniem to ze spodni tylko pasek mu został.
Raz któryś z nas niósł coś w tym stylu w kieszeni, ktoś go klepnął, dobrze że kieszeń trochę do tyłu mu się zawinęła, bo inaczej nie miał by mi kto mówić wujek

Jak jeszcze Aleja Kijowska nazywała się Inwalidów zrobiliśmy z ampułek benzyny do zapalniczek zaporę, pierwszy samochód przejechał i stłukł, wtedy podpaliliśmy. Kierowca następnego zdążył wyhamować, ale wialiśmy.
Na Staffa stoją bloki, które mają balkony na parterze. Fajnie się kładło koło drzwi balkonowych tabletkę paliwa turystycznego a na to ampułkę benzyny, paliwo podpalało. Cud boski, że żadnego pożaru nie spowodowaliśmy, nadpalona firanka to drobiazg.
Świece dymne robione z piłeczek pinpongowych lub linijek z celuloidu wrzucaliśmy do piwnic, okien, nawet do sklepu.
Po pół roku nam przeszło, choć co czasu do czasu dorastała jakaś grupa, która odkrywała te techniki i stosowała w praktyce do momentu znudzenia lub wpadki
