To, że Obama nie lubi wojen to bardzo fajnie. Nikt nie lubi. Prawda jest taka, że wojna w Iraku trwa i się nie skończyła. Nie chce oceniać kto ją wywołał i dlaczego. Faktem jest, że taką Amerykę zastanie nowy Prezydent. I będzie musiał sobie z tym poradzić. Jak się mówi A to trzeba powiedzieć B. Bez wojsk amerykańskich Irak stanie się poligonem dla terrorystów.
Niestety.
I drobna lektura by Max Kolonko:
Cytat:
Ameryka A.D. 2008 jest gotowa spuścić zasłonę milczenia na prezydenturę Georga Busha. Ale na godziny przed wyborami prezydenckimi jest coraz mniej pewności, że kraj jest gotowy przyjąć prezydenta Obamę. Oto 5 powodów dla których McCain może wygrać prezydenckie wybory - pisze z Nowego Yorku Mariusz Max Kolonko.
Powód 1 - dynamika wyborów sprzyja McCainowi
Po 25 sierpnia i konwencji Partii Demokratycznej w Denver, Barack Obama nie wspiął się, jak powinien, w sondażach. Za to wybór Sary Palin do ekipy republikanów wyrzucił McCaina dwupunktowo na czoło wyścigu. Zanim, po jednym z wywiadów dowiedzieliśmy się, że Palin nie zna doktryny Busha, zanim liberalne media zdążyły ją skrytykować za prowincjonalne fryzury i stroje za 150 tys. dolarów i zapał zdążył się wystudzić, przypomniało o sobie clintonowskie hasło Gospodarka Głupcze.
Kruszące się po kolei filary kapitalizmu (marzec - bank Bear Stearns, lipiec - IndyMac, początek września - Fannie Mae i Freddie Mac, Merrill Lynch, Lehman Brothers, AIG) zaczęły padać na miesiąc przed wyborami jak domek z kart, powodując największy interwencjonizm państwowy we współczesnej historii. Zła gospodarka historycznie sprzyja demokratom, głodni chleba ludzie chcą jeść dużo i już. Obama, chicagowski Robin Hood z retoryką sprawnych reklam radiwych, idealnie wpasowuje się w oczekiwania, obiecując ludziom chleb, zabranie go bogatym i oddanie biednym.
Gdzieś w tej liberalnej euforii, na dwa tygodnie przed wyborami, Obama trafia jednak na Joe Wurzelbachera, hydraulika z Ohio, którego pytanie o podatki zatrzymuje Obama Express w drodze do Białego Domu. Oto pierwszy raz na taką skalę, od czasów powojennego Czerwonego Strachu, Ameryka słyszy o "redystrybucji bogactwa" i nie podoba jej się to, co słyszy. Kiedy republikanie zorientowali się, jak silnie działa na wyborców efekt "Joe Hydraulika", w wyborach pojawił się Joe The Six Pack (Joe Kartonik - od kartonika na sześć piwek), Tito The Contractor (Tito - Budowlaniec), Mary The Hairdresser (Mary Fryzjerka), armia zwykłych ludzi z małego miasteczka uzbrojonych w American Dream i europejskie tradycje wolnorynkowego społeczeństwa.
Powód 2 - niezdecydowani wyborcy nie ufają Obamie
Niezdecydowani wyborcy zwykle decydują w amerykańskich wyborach. Na Florydzie, w Ohio i Pensylwanii, w grupie kluczowych dla tych wyborów stanów, niezdecydowani, to głównie starsi. Oni nie głosują na eksperymenty, głosują na tradycję. Ilekroć Ameryka stawała przed historycznymi decyzjami, tylekroć zwyciężała tradycja: Inskrypcja "In God we Trust" nie zniknęła z monet i gmachów sądów, jak tego chcieli liberałowie, broń nie zniknęła z domów, krzyże nie zniknęły z Pensylwanii.
Wielu ludzi nie pamięta Ameryki bez Mc Caina. W 2004 niezdecydowani, biali wyborcy głosowali głównie na George Busha. Problemem Obamy, którego nie rozwiązała kampania, jest pytanie "kim jest"? Ameryka nie poznała do końca jego związków z pastorem Wrightem, który przeklinał Amerykę z "ambony", nie poznała związków Obamy z Billem Ayers, chicagowskim terrorystą (który swoją książkę, wydaną tuż przed atakami 9/11, dedykował zabójcy Kennedy'ego), nie poznała szczegółów związku Obamy z syryjskim biznesmenem Rezko, który sprzedał Obamom dom, ćwierć miliona poniżej rynkowej ceny. Nie dowiedziała się też dotąd, jaka jest zawartość taśmy przetrzymywanej do dziś w sejfie LA Times, a mówiącej o związkach Obamy z zausznikiem Arafata, zwolennikiem Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Jako wyborca, mam zaś stale w uszach słowa Michelle Obamy , że oto "pierwszy raz jest dumna z Ameryki", bo jej mąż kandyduje na prezydenta.
Powód 3 - sondaże i granica błędu
W prezydenckich wyborach 2004 wykonano 239 sondaży wyborczych o zasięgu krajowym. W wyborach 2008, niemal trzy razy tyle. Ankietowanie stało się częścią nie tylko politycznego folkloru, ale i, w okresie wyborów, częścią machiny politycznej, mającej udowodnić tezę, a nie stwierdzić status quo. Każdy sondaż jest podatny na granice błędu i ankieterzy o tym wiedzą. Np. sondaże wykonywane w weekend eliminują tzw. soccer moms czy hockey moms, bo kobiety zajmują się w tym czasie dziećmi uprawiającymi sport.
Dlatego nie przywiązywałbym dużej wagi do wyników sondaży, tak skwapliwie cytowanych przez polskie media. Trzy sondaże się w Ameryce liczą: Rasmussen, Gallup i Zogby. Wszystkie trzy wskazują zbliżanie się kandydatów w końcówce wyścigu i ustawiają ich w granicach wyborczego błędu co pokazuje, że Ameryka nie lubi wyborczych pewniaków.
Historia to potwierdza. W 1948 roku Thomas Dewey prowadził z Harrym Trumanem 15 punktami w sondażach, ale to zwycięski Truman trzymał po wyborach w ręku okładkę Chicago Daily Trbune z wydrukowanym zawczasu tytułem "Dewey Pobił Trumana!".
W 1968 roku Richard Nixon prowadził 23 punktami nad Hubertem Humphrey'em, a wygrał tylko różnicą 512 tys. głosów. Podobnie w wyborach 2000 roku, większość sondaży wyborczych wskazywała na porażkę Alla Gore'a, a mimo to zdobył on przewagę głosujących (popular vote). Jimmy Carter w 1980 miał w sondażach przewagę 8 pkt., a wybory z Ronaldem Reaganem przegrał z kretesem, po nieudanej debacie telewizyjnej, która odbyła się na tydzień przed wyborami.
Powód 4 - liberalne media faworyzują Obamę
Główne sieci telewizyjne w Ameryce wyemitowały dotąd 57% materiałów newsowych, które były pozytywne dla Baracka Obamy. McCain został pokazany pozytywnie tylko w 36% ich tematów. 70% Amerykanów uważa, że media faworyzują Obamę. Negatywna prasa Sary Palin jest wręcz rekordowa: 69% materiałów negatywnych w amerykańskiej telewizji. Jeśli dodamy do tego, że Obama ma dwa razy więcej pieniędzy na kampanię - ponad 635 milionów dolarów, łatwo zrozumieć, dlaczego Obama jest bardziej widoczny w telewizji, prasie czy internecie.
W wyborczej końcówce Obama jest na okładce 8 magazynów w Ameryce (m.in. The Economist, The Rollingstone, The New Yorker, The Source, Men's Health) McCain tylko na jednej. Dziennik New Mexico Sun, ma już przygotowaną okładkę z Obamą, jako zwycięzcą wyborów.
Przypomnijmy jednak, że choć w prawyborach w Pensylwanii Obama wydał na kampanię trzy razy więcej pieniędzy niż Hillary Clinton, to rozgrywkę z nią w tym stanie przegrał.
Powód 5 - it's socialism, stupid!
Ameryka ciągle ceni kapitalistyczną tradycję, której zagraża socjalizujący "obamizm". Osią sporu są podatki, problem stary jak Ameryka, którą wojna podatkowa stworzyła. Struktura podatkowa wygląda tak, że 10% społeczeństwa zarabia bardzo dużo, płaci jednak aż 60% wszystkich podatków. Z drugiej strony, 40% społeczeństwa zarabia tak niewiele, że w zasadzie nie płaci podatków w ogóle.
Obama chce zabrać bogatym i oddać biednym nawet, jeśli sprowadza się to do rządowej zapomogi. Ta retoryka trafia do ubogich i imigrantów wywodzących się głównie z krajów Trzeciego Świata, często nie znających etosu europejskiej imigracji opartej na pracy i dorabianiu się. Plany podatkowe Obamy zmienią amerykański system podatkowy faworyzując nieproduktywnych, nie tworzących miejsc pracy.
Jeśli wygra Obama, Ameryka może mieć nie tylko demokratycznego prezydenta o niebezpiecznych pomysłach na rolę państwa ale i demokratyczny Kongres z możliwą większością 60 miejsc, umożliwiającą przeprowadzenie najbardziej szalonych koncepcji: amnestii dla nielegalnych imigrantów (co przyciągnie następne 35.5 miliona osób), opieki medycznej dla wszystkich na wzór europejskich krajów "opiekuńczych", co zwabi następne 10-20 milionów imigrantów, obcięcia wydatków na wojsko, co doprowadzi do wycofania się Ameryki z osi Eurazji i, być może, jednostronnego ataku Izraela na reaktory nuklearne Teheranu. Te wydarzenia mogą testować młodego prezydenta tak, jak Kryzys Kubański testował Johna F. Kennedy'ego.
Opodatkowane przedsiębiorstwa, jeden po drugim zaczną szukać schronień podatkowych poza kontynentem. Ameryka przestanie być krainą sukcesu, stanie się krajem opiekuńczym na wzór europejski, śrubującym deficyt za deficytem, nieproduktywnym i nieatrakcyjnym, w którym wszyscy mają, z założenia, po równo.
Taka wizja kraju, całkiem realna, przeraża tu wielu wyborców. Sondaże wykazują, że w końcówce wyborczej młodzi ludzie, na których stawia Obama, "odpływają" z jego elektoratu. Nie chcą zapomogi w postaci rządowego czeku na 1,000 dolarów, chcą marzyć o przyszłości, w której jest miejsce na American Dream, przedsiębiorczość i wynikające z niej pieniądze i lepsze życie. Innymi słowy, głosują na jutro, a nie na dziś. God Bless America.
|
Ostatnio edytowane przez Krissu : 05.11.2008 o godz. 01:14.
Pro Fide, Rege, Lege et WISŁA.
|