Wyświetl pojedynczy post
szejkspir
Member
 
Od: 10.2006

Offline

Ignoruj użytkownika Pomoc
#564
Stary 26.09.2008, 21:30
Przychody podzielono na 3 kategorie:
dzień meczu (przychody ze sprzedaży biletów, karnetów, katering), transmisje (to chyba jasne), komercja (przychody z umów sponsorskich, reklam, sprzedaży koszulek i pamiątek).

Tutaj w/w artykuł:

Ranking [Forbes 10/08, str. 32]
Daleka droga do zysków


Cytat:
Po raz drugi firma Deloitte zbadała źródła przychodów krajowych klubów piłkarskich. Jak się okazało, w 2007 r. łączne przychody wszystkich klubów ekstraklasy (grających w sezonie 2007/2008 w najwyższej klasie rozgrywkowej) wyniosły 209 mln zł i były o 15 proc. wyższe niż rok wcześniej. Pod uwagę wzięto trzy podstawowe źródła przychodów: wpływy od sponsorów, sprzedaż praw do transmisji telewizyjnych oraz przychody z dnia meczu. We wszystkich trzech kategoriach kluby ekstraklasy (łącznie) zanotowały w 2007 r. wzrost.
Na pierwszy rzut oka zestawienie jest dość zaskakujące. Po raz drugi z rzędu klubem o najwyższych przychodach okazało się Zagłębie Lubin, do którego kasy w 2007 r. wpłynęło 32,4 mln zł (wzrost o 55,1 proc. w porównaniu z 2006 r.). Drugie miejsce przypadło PGE GKS Bełchatów z 27 mln zł, trzecie Lechowi Poznań, który zgromadził 25 mln złotych. Dwa kluby, które w ostatnich latach zdominowały krajowe rozgrywki ligowe - Wisła Kraków i Legia Warszawa - znalazły się dopiero na miejscach piątym i szóstym. Skoro przychody tych dwóch klubów są niemal dwa razy niższe niż przewodzącego zestawieniu Zagłębia i znacz-nie niższe niż PGE GKS oraz Lecha, czy można postawić tezę, że w polskiej piłce zmienia się układ sił?
Nie. Po pierwsze wiadomo już, że zestawienie za 2008 r. będzie wyglądało zupełnie inaczej. Zagłębie Lubin nie tylko nie obroniło tytułu w sezonie 2007/2008, ale za kupowanie meczów w sezonie 2003/2004, kiedy grało jeszcze w II lidze, zostało karnie zdegradowane o jedną klasę rozgrywkową.
- Obecnie dysponujemy zdecydowanie mniejszymi środkami - mówi Andrzej Zalejski, prezes PGE GKS Bełchatów.
Przychody obydwu klubów są bardzo niezrównoważone - większość wpływów pochodzi od sponsorów (w Bełchatowie 81 proc., w Lubinie 76 proc.).
- Skala zaangażowania w sponsoring wynikała ze zdobycia przez GKS w 2006 roku wicemistrzostwa ekstraklasy i miała stworzyć podstawy do zbudowania silnej drużyny, która zadomowi się w czołówce najlepszych zespołów klubowych w Polsce - mówi Dominika Tuzinek-
-Szynkowska, rzecznik prasowy PGE. - W ostatnim sezonie GKS Bełchatów nie spełnił oczekiwań sponsora. Po jego zakończeniu sporządzono szczegółową analizę efektywności sponsoringowej marki PGE w kontekście działalności GKS Beł-chatów. Jej wyniki były wysoce niesatysfakcjonujące. Także atmosfera wokół klubowej piłki nie zachęca sponsorów do większego zaangażowania - dodaje.

Dzień meczu dostarcza obydwu klubom jedynie 4 proc. przychodów. W sezonie 2007/2008 frekwencja na meczach GKS była jedną z najniższych w lidze. Lepiej pod tym względem stoi Zagłębie, na którego stadion przychodziło w zeszłym sezonie średnio 5,8 tys. kibiców (80 proc. pojemności trybun), ale pod względem przychodów z dnia meczu klub z Lubina wyprzedza osiem innych drużyn ekstraklasy. Wniosek wydaje się jednoznaczny: obydwaj liderzy nie mają potencjału, który pozwalałby im myśleć o zagoszczeniu w finansowej czołówce ekstraklasy na stałe.

Za wzorcową uznawana jest sytuacja, w której trzy podstawowe źródła przychodów dostarczają mniej więcej tyle samo pieniędzy. Daleko do tego również Lechowi Poznań, ale w finansowej czołówce ten klub radzi sobie najlepiej. Ma najwyższą frekwencję w lidze i co za tym idzie, największe wpływy z dnia meczu. Po połączeniu z Amiką Wronki SSA i przejęciu 100 proc. akcji przez produkującą sprzęt AGD Amikę Wronki zyskał również możnego sponsora. Na miarę oczekiwań zaczęła wreszcie też grać drużyna, czego dowodem jest nawet nie tyle zwycięstwo 6:0 w meczu z solidnym europejskim średniakiem w Pucharze UEFA (Grasshop-pers Zurich), co powołanie do reprezentacji Polski na mecze ze Słowacją i San Marino pięciu piłkarzy Lecha.
- Skoro jesteśmy w czołówce pod względem finansowym, jest naturalne, że oczekujemy adekwatnych do tego wyników sportowych - mówi Arkadiusz Kasprzak, wiceprezes zarządu Lecha. - Nasz długoterminowy plan finansowy zakłada, że przychody z każdego źródła będą rosły w tempie 15 proc. rocznie.
Żeby jednak obraz finansów krajowych klubów był pełny, niezbędne jest spojrzenie w rachunek wyników i bilanse sportowych spółek akcyjnych. Choć do pełnej przejrzystości finansowej w krajowym futbolu daleko, to jednak sportowe spółki akcyjne mają obowiązek publikacji wyników finansowych w Mo-nitorze Polskim B. Wprawdzie dzieje się to ze znacznym opóźnieniem (znamy dopiero wyniki za 2006 r.), ale mimo wszystko lektura jest bardzo interesująca. Pokazuje, że na obecnym etapie rozwoju to nie przychody klubów decydują o budżetach, ale chęć ich głównych udziałowców do łożenia pieniędzy na futbol. Można się spotkać z opiniami, że wynika ona z ich miłości do piłki nożnej. Wydaje się jednak, że równie ważnym czynnikiem jest tutaj potencjał klubów dających w przyszłości szanse odzyskania wyłożonych pieniędzy.
W 2006 r. warszawska Legia zanotowała stratę netto w wysokości 17 mln złotych. Niewiele większe były przychody. Jak to się dzieje, że przy wpływach rzędu 20 mln zł klub stać na 45-milionowy budżet? Odpowiedź jest prosta: musi się zadłużać. I jedynym źródłem finansowania może być właściciel lub podmioty od niego zależne. Trudno bowiem, żeby pożyczkodawcą był bank, jeśli klub praktycznie nie dysponuje majątkiem trwałym, a jedynymi jego znaczącymi aktywami są piłkarze.
Dlatego zobowiązania Legii na koniec 2007 r. przekraczały 80 mln zł, co przy aktywach rzędu dwudziestu kilku milionów i rokrocznie ujemnych przepływach gotówkowych jest kwotą astronomiczną. Zgodnie z prawem oznacza to tyle, że co roku akcjonariusze muszą na walnym zgromadzeniu głosować nad dalszym istnieniem firmy. Jeśli pod wpływem sportowych niepowodzeń czy po dojrzałym biznesowym namyśle dojdą do wniosku, że dalsza działalność nie ma sensu, Sportowa Spółka Akcyjna Legia przejdzie do historii.

W identycznej sytuacji znajduje się dysponująca podobnym budżetem Wisła Kraków. Od ośmiu lat zobowiązania klubu utrzymują się na poziomie 80 mln złotych. Tak jak Legia zależna jest od ITI, tak byt Wisły opiera się na Tele-Fonice Bogusława Cupiała. Związek Wisła-Tele-Fonika, choć pozwala klubowi z Krakowa skutecznie walczyć o prymat na krajowym podwórku, to jednak nie zawsze wydaje się dla klubu korzystny. Produkcja kabli jest bowiem biznesem cyklicznym - Tele-Fonika osiąga duże zyski w okresie silnego wzrostu gospodarczego, ale potrafi też być na minusie w okresach dekoniunktury (w latach 2002-2003 straciła łącznie 105 mln zł). Ponieważ większość produkcji sprzedaje na eksport, na jej wyniki niekorzystnie wpływa także umocnienie złotego. Prezes Marek Wilczek jednak zdecydowanie zaprzecza, jakoby brak transferów przed walką o Ligę Mistrzów z Anderlechtem Bruksela w 2003 roku czy bardzo ograniczone wzmocnienia przed obecnym sezonem były pochodną mniejszych zysków Tele-Foniki. - W 2007 roku rzeczywiście odnotowaliśmy spadek przychodów, ale wynikało to z niskiego miejsca w lidze w sezonie 2006/2007 [Wisła była ósma i było to jej najgorsze miejsce, odkąd sponsorem klubu jest Tele-Fonika - red.] i tym samym braku awansu do europejskich pucharów oraz wygaśnięcia umowy z Browarami Tyskie, które były naszym głównym sponsorem - tłumaczy Marek Wilczek.
Zapewnia, że w 2008 r. będzie już zdecydowanie lepiej. Wisła znów jest mistrzem Polski, walczyła o awans do Ligi Mistrzów z Barceloną, wciąż ma szansę na fazę grupową Pucharu UEFA, choć pokonanie londyńskiego Tottenhamu wydaje się zadaniem ponad siły krakowian. Być może uda się nawiązać do najlepszych pod względem finansowym lat 2004-2005, kiedy roczne przychody wynosiły 27-28 mln złotych. W dwa lata klub zarobił netto łącznie prawie 20 mln złotych.
Jednak warunkiem tak dobrego wyniku finansowego jest sukces sportowy. W sezonie 2002/2003 Wisła pod wodzą Henryka Kasperczaka grała w piłkę efektownie i skutecznie. W Pucharze UEFA wyeliminowała włoską AC Parmę i niemiecki Schalke 04, odpadła dopiero w IV rundzie po pasjonującym dwumeczu z Lazio.
- Na kolejny sezon sprzedaliśmy karnety na cały stadion, nasza działalność rzeczywiście bilansowała się - wspomina prezes Wilczek.
Jednak duże zyski w następnych latach wynikały przede wszystkim ze sprzedaży wypromowanych grą w pucharach zawodników. Demontaż mistrzowskiej drużyny i obniżenie klasy sportowej natychmiast przełożyły się na wyniki finansowe. I zabawa zaczęła się od nowa.
- Problemem polskich klubów jest zbyt duża zależność wyniku finansowego od osiągnięć sportowych. Proszę spojrzeć na Borussię Dortmund: bez względu na to, które zajmuje miejsce w lidze, rok w rok sprzedaje 40 tys. karnetów - mówi Marek Wilczek. Choć Wisła nie ma szans osiągnąć takiego wyniku choćby z tego względu, że klubowy obiekt po przebudowie będzie mieścić 34 tys. kibiców, to jednak zwiększenie pojemności stadionu ma być jednym z filarów planu zakładającego regularne osiąganie zysku przez krakowski klub. - Przebudowa stadionu zakończy się w 2010 r., więc w następnym roku planujemy już na trwałe wyjście na plus - deklaruje.
Dopiero kiedy dzięki efektownej grze drużyny i nakręconej przez Euro 2012 koniunkturze stadion zapełni się kibicami, będzie można zastanowić się, jak rozwiązać problem zadłużenia Wisły wobec Tele-Foniki.

Nawet w perspektywie kilku lat zysków nie obiecuje Leszek Miklas, prezes Legii Warszawa. Owszem, kierowany przez niego klub zamierza w 2012 r. wejść na giełdę i już w 2011 r. być na plusie, ale tylko jeśli wziąć pod uwagę zysk operacyjny powiększony o amortyzację (EBITDA), a nie wynik netto.
- Wyobrażam sobie, że przy nowoczesnej infrastrukturze klub, którego ambicje nie wykraczają poza krajową ligę, będzie przynosił zyski. Jednak przychody klubów, które w miarę regularnie grają w Lidze Mistrzów, wynoszą minimum 100 mln euro - mówi Miklas. Takich kwot krajowe kluby nie będą w stanie wyciągać nawet wtedy, gdy po Euro 2012 nowoczesne stadiony szczel-nie wypełnią się kibicami. - Być może do regularnej gry w Lidze Mistrzów wystarczy w Polsce 50 mln euro, ale żeby osiągnąć ten pułap, niezbędne będzie wsparcie ze strony właścicieli - dodaje.
Z trzech czołowych klubów Legia wydaje się w najtrudniejszej sytuacji ze względu na konflikt z kibicami. Zadymy organizowane pod hasłem "Legia to my" nie tylko utwierdziły opinię publiczną w przekonaniu, że kibic Legii to chuligan, ale bezpośrednio uderzyły w finanse klubu.
- Tydzień po burdach na stadionie Vėtry Wilno [lipiec 2007 r. - red.] mieliśmy podpisać umowę sponsorską z firmą z Hiszpanii. Kiedy Hiszpanie zobaczyli w Eurosporcie, co się wydarzyło, wycofali się z kontraktu - mówi Leszek Miklas.
Legia została wykluczona z europejskich pucharów, a w ostatnim sezonie frekwencja spadła do 8,3 tys. widzów na mecz. A przecież w 2010 r. ma być oddany do użytku nowy stadion na blisko 35 tys.widzów. - Wiem jedno: jeśli będziemy akceptować agresywne zachowania pewnej grupy naszych kibiców, palenie rac na stadionie i wulgarne przyśpiewki, to nie mamy szans na wypełnienie nowego stadionu kibicami - tłumaczy prezes Legii. Zapewnia, że na nowym stadionie będzie miejsce dla najbardziej zagorzałych sympatyków klubu (jedna z trybun ma mieć 7 tys. miejsc stojących), ale muszą oni zachowywać się zgodnie ze standardami wyznaczonymi przez klub.

W rachunku wyników wyraźnie zaznaczają się różnice między czołowymi krajowymi klubami. Nawet przy założeniu, że Zagłębie Lubin i GKS Bełchatów utrzymałyby obecny poziom przychodów, nie byłyby w stanie dorównać budżetami Legii i Wiśle i tym samym wytrzymać w dłuższej perspektywie konkurencji na boisku. Wyniki netto obydwu klubów oscylują wokół zera (strata Zagłębia w 2006 roku jest wyjątkiem od tej reguły), zadłużenie utrzymuje się na umiarkowanym poziomie. Limit ich budżetów jest ograniczony przez przychody, co oznacza, że nie są w stanie zaoferować piłkarzom tak wysokich kontraktów jak potentaci. Pośrednią strategię finansową wybrał Lech - jego właściciel (Amica Wronki) wprawdzie akceptuje straty klubu, ale z roku na rok są one coraz mniejsze. W 2007 r. deficyt Lecha wyniósł 2,8 mln złotych.
- Kładziemy nacisk na kontrolę kosztów i w 2009 r. zamierzamy wyjść na zero - deklaruje Arkadiusz Kasprzak.
Jako jedyny klub z wielkiej trójki Lech (zalicza się do niej także Wisła i Legia) nie jest nadmiernie zadłużony: zobowiązania i rezerwy na zobowiązania na koniec 2007 r. wyniosły 15,1 mln zł przy aktywach rzędu 26,5 mln złotych.
Odpowiedzi na pytanie, czy krajowe kluby piłkarskie są w stanie regularnie przynosić zyski, można próbować udzielić na podstawie raportu Deloitte. Na początek przeanalizujemy fakty mniej optymistyczne. Owszem, łączne przychody klubów grających w ekstraklasie z roku na rok rosną. W dalszym ciągu jednak piłkarski biznes gromadzi rocznie tyle pieniędzy co jedna przeciętna giełdowa spółka. Piętnastoprocentowe tempo wzrostu przychodów też nie jest imponujące: spółki giełdowe produkujące dobra konsumpcyjne bądź handlujące nimi, które w 2006 r. miały przychody rzędu 100-200 mln zł, w 2007 r. zwiększyły je średnio o 22 procent.
Spójrzmy na angielską Premier-ship, niedościgły wzór w zarabianiu pieniędzy na futbolu. Mię-dzy sezonem 1991/92 i 2006/07 średnioroczne tempo wzrostu przychodów wy-niosło 16 procent. Skoro w takim tempie rozwija się dojrzały rynek, to wydaje się naturalne, że nasz raczkujący futbolowy biznes powinien robić to szybciej.
Jeśli spojrzeć na przychody klubów austriackich, szwedzkich, portugalskich czy holenderskich, grających w piłkę w krajach o znacznie mniejszej liczbie mieszkańców, potencjał krajowej piłki wydaje się znaczny. Dojdziemy do podobnych wniosków, jeśli przychody klu-bów grających w najwyższej klasie rozgrywkowej przyrównać do produktu krajowego brutto danego kraju. Jako punkt odniesienia dla oszacowania potencjału krajowej ligi wzięliśmy grupę siedmiu krajów, dla których dysponowaliśmy danymi i w których piłka nożna jest najpopularniejszym sportem (Anglia, Niemcy, Hiszpania, Włochy, Francja, Holandia, Portugalia). W tej grupie średnia relacja przychodów klubów z najwyższej klasy rozgrywkowej do PKB wynosi średnio 0,94 promila.
Relatywnie najwięcej pieniędzy jest w piłce portugalskiej (1,5 promila), najmniej we francuskiej (0,54 promila). Natomiast 209 mln zł przychodów krajowych klubów odpowiada 0,2 promila polskiego PKB. Czy to znaczy, że inwestorzy mają prawo oczekiwać czterokrotnego wzrostu przychodów krajowej ligi, co wielu klubom pozwoliłoby osiągnąć rentowność? Biorąc poprawkę na rodzime warunki klimatyczne, być może jako punkt odniesienia należałoby przyjąć Austrię, gdzie relacja przychody ligi/ PKB wynosi 0,6 promila.
- Jestem sceptyczny co do możliwości osiągnięcia rentowności nawet przez najsilniejsze w kraju kluby w ciągu 3-4 lat - uważa Paweł Homiński, zarządzający aktywami w Noble Funds TFI. Ho-miński znany jest z tego, że nie boi się inwestować w małe spółki, nawet jeśli te przynoszą stratę, pod warunkiem że w dłuższym horyzoncie widać perspektywy zysków.
- Generalnie cały wzrost przychodów będzie absorbowany przez wzrost kosztów. Widząc, że klu-bowi dobrze idzie, piłkarze zawsze będą domagać się podwyżek, a prezesi będą skłonni wydawać więcej, żeby przyciągnąć dodatkowych widzów - prognozuje Paweł Ho-miński.

Oczywistym katalizatorem, który powinien pomóc uruchomić finansowy potencjał tkwiący w krajowym futbolu, jest budowa stadionowej infrastruktury na Euro 2012. - Kluczem do dalszego rozwoju krajowych klubów jest zbudowanie właściwego wizerunku futbolu w Polsce. To musi być sport, który niesie ze sobą przede wszystkim pozytywne emocje - uważa Leszek Miklas. Jak daleko nam do tego stanu, pokazał ostatni mecz reprezentacji Polski z San Marino. Kilku-setosobowa grupa kibiców najpierw naubli-żała PZPN w czasie, gdy grano narodowy hymn, a kiedy zaczął się mecz, zachęcała naszych piłkarzy to strzelenia "k....wom gola".

Autorem rankingu polskich klubów
piłki nożnej jest Deloitte.
Partnerami medialnymi rankingu są
nSport i Przegląd Sportowy
Ostatnio edytowane przez szejkspir : 26.09.2008 o godz. 21:34.
Odpowiedz cytując