Myślę, że nikt łez wzruszenia nie uronił. Za to było bardzo wesoło - zwłaszcza jak mówi dziadek do wnuczka: "chodź Krzysiu zobaczyć premiera" - brzmiało to tak samo jak w ogrodzie zoologicznym mówi mama do dziecka "chodź, teraz obejrzymy małpki".
Mając na względzie liczbę "Borowików" przewyższającą momentami liczbę cywilów - porównanie jak najbardziej trafne.
Do tego jeszcze wrzeszczący gość z aparatem "Panie Premierze - proszę mi się uśmiechnąć do obiektywu".
Cyrk - jeden wielki cyrk.
Trzeba mieć poczucie humoru Zbychu - bez tego ani rusz
