Świetny wywiad z Dzikim Kamieniem
Cytat:
....
Bronisław Wildstein.: Słusznie zauważa naczelny „Dziennika", że idzie o przetrwanie. Ale pytanie zasadnicze brzmi: jaka Polska może przetrwać? Trzeba zbudować silne państwo, które jest oparte o trwały porządek. A tacy postpolitycy jak Tusk nie są w stanie podjąć żadnego ryzyka bo, dla nich, władza jest tylko administrowaniem. Dlatego obecny rząd nie przeprowadza ważnych i potrzebnych reform. Chodzi tylko o jak najdłuższe administrowanie. A my potrzebujemy głębokich reform. Nic w tym kierunku nie jest robione. O ile zainteresowanie PiS-u szło w kierunku wymiaru sprawiedliwości...
A.B.: Co ma ścisły związek z wolnym rynkiem...
B.W.: ...oczywiście że ma. Liczyłem, że PO przeprowadzi reformy rynkowe. A w tej sferze również nic się nie dzieje. Prywatyzacja jest odsuwana w czasie, „podatek Belki" nadal obowiązuje. W ogóle podatki nie są obniżane. Deregulacji nie widać. W tej materii również poprzednicy nic nie zrobili, i to mi się też nie podobało, ale przecież nie wymachiwali sztandarami ekonomicznego liberalizmu. Tymczasem nasze tempo rozwoju jest zbyt małe żebyśmy ścigali Europę. A po przeprowadzeniu reform i deregulacji moglibyśmy stosunkowo szybko przegonić Europę Zachodnią. Opowieści o tym, że deszcz pieniędzy z Europy wszystko nam to załatwi, co powtarzał np. Michalski, to niebezpieczny nonsens. Wyzwala rewindykacyjne, roszczeniowe postawy. Same pieniądze z Unii nie wystarczą, a zresztą są mniejsze niż się to oficjalnie głosi. Płacimy przecież dość spore składki. Czasami ta pomoc ma dwuznaczny charakter. Na przykład rolnicy mają dużą pomoc z dopłat bezpośrednich, ale ich sytuacja byłaby lepsza, gdyby nie było wspólnej polityki rolnej, a więc i dopłat, a polscy rolnicy działali jako wolni konkurenci na rynku europejskim bo w innych państwach dotacje są o wiele wyższe niż w naszym kraju. W ogóle z tą pomocą to w dużej mierze mit. W Grecji niczego nie zmieniła. W Irlandii znaczenia nabrała dopiero wtedy, kiedy ten kraj przeprowadził gruntowne reformy wewnętrzne.
Bezrefleksyjny euroentuzjazm „Dziennika" u wielu budzi rozliczne podejrzenia. Nie twierdzę ( ), że szefowie tej gazety wzywani są na dywanik do Berlina czy Hamburga, gdzie każe się im ładnie o UE pisać. Może jest tak, że w trudnej sytuacji konkurencyjnej na rynku polskim, gdy ich gazeta nie spełnia pokładnych w niej komercyjnych nadziei, sami zaczynają zgadywać preferencje właściciela. Co więcej, Panowie pewnie nie uwierzą, ale można już w ramach rożnych układów oddziałać z Polski na Europę. Może właściciele z Hamburga bombardowani są informacjami od opiniotwórczych środowisk w Polsce, że jakieś oszołomy redagują wydawaną przez nich gazetę i dlatego ci polscy redaktorzy zrobią wszystko, aby za oszołomów nie uchodzić? Bo przecież dzieje się to w sytuacji, gdy, podobno, telefonami z Polski można odwołać kogoś z międzynarodowej konferencji. Nie do końca w to wierzę, ale może coś na rzeczy jest?
...
|
Całość ->
http://arturbazak.salon24.pl/83967,index.html
ps.
Zaległości (przynajmniej część) powinienem wieczorem odrobić.