Liberalna gospodarka - wersja PO
Tłumacząc to z języka rządowego „na nasze” – wzrosną podatki nazywane składkami. To oczywiście w ramach zapowiadanego w kampanii wyborczej obniżania podatków. No bo jak powszechnie wiadomo, składki to przecież nie podatki.
Podsumujmy: kobieta w wieku „produkcyjnym” otrzymuje wynagrodzenie brutto w wysokości średniej krajowej około 3 tys. zł. Pracodawca płaci jeszcze za nią składki ubezpieczeniowe: łącznie ponad 1,3 tys. zł. i potrąca jej zaliczkę na poczet podatku dochodowego w wysokości 570 zł. A więc za pracę wartą dla pracodawcy 4,3 tys., pracowniczka otrzymuje 2,5 tys. zł. Ale jak wyda zarobione przez siebie 2,5 tys. zł., to lekko licząc 200 zł będzie stanowił VAT tkwiący w cenie kupowanych przez nią towarów i usług. I tak przez 40 lat pracy. Gdyby jej siła nabywcza równała się jej sile podaży – czyli rzeczywistej wartości jej pracy, to starczyłoby jej na nianię, pieluchy, ubrania a potem na czesne za studia. Więc spokojnie mogłaby się tulić z mężem na golaska bez żadnych zachęt ustawowych ze strony doradców pana premiera.
http://www.blog.gwiazdowski.pl/index...ntent=1&id=426