Polonia Warszawa - Wisła Kraków 0:1. Konwiktorska odhaczona z klasą
Wisła przy Konwiktorskiej nie wyglądała jak drużyna odcinająca kupony. Wyglądała jak zespół, który chce jeszcze raz pokazać, dlaczego awansował. Była agresywna, żywa, ambitna i dobrze zorganizowana. Przez większą część meczu krakowianie dominowali, kontrolowali rytm gry i byli zespołem wyraźnie lepszym. Wynik 1:0 jest skromny, ale obraz meczu był znacznie bardziej jednostronny, niż sugeruje sama cyferka na tablicy. Polonia momentami próbowała coś zbudować, ale przez długie fragmenty wyglądało to tak, jakby chciała wyjść z pokoju, w którym ktoś zapomniał zamontować drzwi.
Najważniejsze jest jednak to, że Wisła była przygotowana. I mentalnie, i taktycznie. Trener Mariusz Jop zrobił swoją robotę. Nie było rozprężenia. Nie było chaotycznego grania na zasadzie „jakoś to będzie”. Nie było festynu po awansie. Był zespół, który wiedział, co ma robić, jak ma pressować, jak ma reagować po stracie i jak wykorzystywać przewagi w bocznych sektorach. To nie był występ idealny, bo skuteczność znowu mogła być lepsza, ale jako całość był to bardzo solidny, dojrzały i przyjemny do oglądania mecz Wisły.
Najmocniej na tym tle błyszczał Julian Leileveld. Dla mnie MVP spotkania. I nie dlatego, że trzeba dziś koniecznie dopisać mu laurkę za kilka ładnych zagrań. Po prostu jego wpływ na grę Wisły był ogromny. Holender kilka razy zagrał takie prostopadłe podania, że człowiek przez chwilę przypominał sobie, iż lewa obrona nie musi być tylko miejscem do wykopywania piłki w aut lecz jedną z kluczowych pozycji w organizacji całej gry. Leileveld dawał jakość w rozegraniu, dobrze czytał przestrzeń, wspierał budowę akcji i przy tym nie robił z siebie artysty oderwanego od obowiązków defensywnych.
To był bardzo zdyscyplinowany występ. Bez poważnych błędów, bez panicznych decyzji, bez grania na alibi. W jego grze było widać przegląd pola, spokój i techniczną kulturę. I trzeba to raz wtóry napisać wprost: na dziś Leileveld jest lepszą i cenniejszą opcją na lewej obronie Wisły niż Jakub Krzyżanowski. Z nim Wisła ma więcej argumentów. Może grać płynniej, mądrzej, szybciej i mniej przewidywalnie. To nie jest różnica kosmetyczna. To jest różnica między zawodnikiem, który potrafi tylko poprawnie funkcjonować w systemie, a zawodnikiem, który ten system potrafi realnie wzbogacić.
Świetny mecz zagrał również Marko Božić. Nie tylko dlatego, że zdobył gola na wagę zwycięstwa. On w tej akcji i w wielu innych momentach pokazywał, że ma coś, czego w polskiej lidze nie da się kupić na promocji w koszu z napisem „solidni skrzydłowi”. Ma technikę, balans, łatwość wchodzenia w drybling i prawą nogę ułożoną do strzału tak, jakby ktoś wreszcie pamiętał, że piłka nożna polega też na jakości, a nie tylko na bieganiu z zaciśniętymi zębami.
Božić znów potrafił błysnąć indywidualną akcją. Potrafił zgubić krycie. Potrafił wejść między rywali tak, że obrońcy Polonii wyglądali momentami jak ludzie próbujący złapać cień latarką. Wnosi do Wisły ogromną jakość. Jest bezpośredni, odważny i technicznie ponadprzeciętny. W Ekstraklasie taki profil zawodnika będzie potrzebny jak powietrze, bo tam nie wystarczy już samo „jakoś przepchnąć”. Tam trzeba mieć piłkarzy, którzy umieją zrobić różnicę.
Bardzo dobrze wyglądała też prawa strona defensywy, gdzie tradycyjnie solidny był Giger. To nie był występ fajerwerkowy, ale właśnie na tym polega jego wartość. On ma być nie do przejścia, ma nie robić prezentów, ma kasować zagrożenie i zamykać swoją stronę. I to robił. Bez nerwowości, bez zbędnych ozdobników, bez grania pod galerię. Taki obrońca może nie trafia na okładki, ale trenerzy śpią przez niego spokojniej.
Na środku obrony bardzo pozytywnie wypadł Mariusz Kutwa. I to jest jeden z ciekawszych wątków ostatnich tygodni. Młody obrońca coraz mocniej stabilizuje formę. Nie wygląda już jak zawodnik, którego trzeba asekurować trzema modlitwami i jednym defensywnym pomocnikiem. Wygląda jak piłkarz, który dojrzewa, rozumie swoją rolę i idzie do przodu. W meczu z Polonią był pewny, skoncentrowany i odpowiedzialny. To jest progres, który warto zauważyć, bo w Wiśle od dawna zbyt często mylono „młody i perspektywiczny” z „jeszcze dziesięć razy zawali, ale może kiedyś przestanie”. Kutwa naprawdę zaczyna wyglądać jak ktoś, kto robi krok wyżej.
W środku pola solidną pracę wykonali James Igbekeme i Julius Ertlthaler. Igbekeme jak zwykle dawał Wiśle bardzo dużo w zabezpieczeniu. Dobrze antycypował zachowania rywali, przecinał akcje, odbierał piłki i organizował grę. To jest zawodnik, który może nie zawsze robi rzeczy efektowne, ale robi rzeczy potrzebne. A bez takich piłkarzy drużyna zaczyna się rozłazić jak źle skręcony regał.
Ertlthaler też zasługuje na pochwałę. Mocno pracował, wspierał rozegranie, był aktywny w pressingu i dokładał kolejną warstwę jakości. Nie grał tylko „żeby być”. Był obecny, zaangażowany i użyteczny. W takich meczach dobrze widać, którzy zawodnicy rozumieją, że po awansie nie kończy się praca, tylko zaczyna się selekcja pod wyższy poziom. Ertlthaler wyglądał jak piłkarz, który tę selekcję traktuje poważnie.
Nieco słabiej wypadł Kacper Duda. Ma dobre momenty, tego nie ma sensu negować. Ale ma też takie straty i decyzje, po których człowiek przez chwilę patrzy w ekran jak na błąd systemu. Ta strata z pierwszej połowy była gigantyczna i po prostu kompromitująca. W rozegraniu Duda tradycyjnie nie był wystarczająco efektywny. Za dużo w jego grze jest jeszcze szarpania, niedokładności i wyborów, które zamiast przyspieszać akcję, robią jej kontrolowany sabotaż.
Bardzo przyzwoicie pracował Frederico Duarte. To był mecz, w którym może nie wszystko układało mu się pod bramką przeciwnika, ale zaangażowanie, ruchliwość i praca dla drużyny były widoczne. Miał swoje okazje i szkoda, że tym razem nie dopisała skuteczność. Bo Wisła mogła ten mecz zamknąć wcześniej i spokojniej. Duarte zasługuje jednak na pozytywną ocenę. Nie był pasażerem. Nie znikał. Pracował, szukał gry i dawał zespołowi energię.
Największy zawód? Jordi Sánchez. Niestety znowu. I tu naprawdę trudno już pudrować rzeczywistość. W roli napastnika nie dał Wiśle tego, czego potrzebowała. Nie dochodził do dobrych sytuacji strzeleckich, nie utrzymywał piłki na odpowiednim poziomie, a jego problemy techniczne przy przyjęciu momentami wyglądały zadziwiająco. To nie były drobne niedoskonałości. To były sygnały alarmowe. W ani jednym momencie nie zagrał tak, żeby można było z czystym sumieniem powiedzieć: tak, to jest napastnik, którego warto widzieć jako realną wartość w Ekstraklasie. Na dziś wygląda to słabo. I to nie słabo w stylu „brakuje mu szczęścia”. Raczej słabo w stylu „brakuje mu argumentów”.
Patryk Letkiewicz również zasługuje na docenienie. Zachował czyste konto, miał dobre interwencje i wyglądał pewnie. Podobały mi się też jego próby aktywniejszej gry na przedpolu. To ważne, bo w Ekstraklasie bramkarz Wisły nie może być przyspawany do linii bramkowej jak eksponat muzealny. Musi pomagać obrońcom, skracać pole gry i reagować odważnie. Letkiewicz w tym meczu zrobił swoje. Bez fajerwerków, ale skutecznie.
Zmiennicy też nie zawiedli. Każdy coś wniósł, ale najlepiej wyglądał Marc Carbo. I to był bardzo ciekawy sygnał. Carbo zagrał tak, jakby ktoś na chwilę odtworzył wersję z rundy jesiennej i wcześniejszych sezonów, kiedy był najlepszym defensywnym pomocnikiem ligi. Miał świetny doskok, dobre ustawianie, kapitalną asekurację, dynamikę, przegląd pola i podanie wprowadzające. To był Carbo kompletny. Taki, który nie tylko gasi pożary, ale jeszcze sam buduje akcję po odbiorze.
W takiej dyspozycji Carbo spokojnie poradziłby sobie w Ekstraklasie. I to nie jest życzeniowe gadanie, tylko wniosek oparty na tym, co już pokazywał choćby w Pucharze Polski. Jeżeli Wisła będzie miała takiego Carbo, to środek pola dostanie zawodnika gotowego do grania na wyższym poziomie. Nie jako maskotkę od wspomnień, tylko jako realny punkt oparcia.
Ervin Omić miał zbyt mało czasu, żeby uczciwie go ocenić. Niczym szczególnym nie zaimponował, ale przy tak krótkim występie trudno stawiać twarde wyroki. Dlatego dobrze byłoby zobaczyć go od pierwszej minuty w meczu z Siedlcami. Tam powinien dostać konkretną szansę, nie ochłap. To będzie dobry moment, żeby pokazał, czy jest zawodnikiem mogącym wnieść potrzebną jakość także na poziomie Ekstraklasy.
Podsumowując: Wisła zagrała przy Konwiktorskiej bardzo dobry mecz. Nie idealny, bo skuteczność powinna być lepsza, a kilka indywidualnych mankamentów znowu wyszło na światło dzienne. Ale jako drużyna wyglądała naprawdę dobrze. Była lepsza od Polonii, dominowała przez większość spotkania, grała z energią, agresją i ambicją. To był efektowny sposób na zakończenie wyjazdowych meczów w sezonie.
Ten zespół ma przyszłość. Ma jakość, ma coraz więcej ciekawych indywidualności i ma zawodników, którzy potrafią grać nie tylko sercem, ale też głową i techniką. Ale nie ma sensu wpadać w bajkowy samozachwyt. Wzmocnienia na kilku pozycjach dalej są niezbędne. Ekstraklasa szybko sprawdza, kto naprawdę jest gotowy, a kto tylko dobrze wyglądał na tle pierwszoligowych ograniczeń. Wisła zrobiła duży krok. Teraz musi dopilnować, żeby po awansie nie uznać, że sama radość z powrotu wystarczy za plan sportowy. Bo nie wystarczy. Ale po takim meczu można przynajmniej powiedzieć jedno: drużyna nie wygląda jak przypadkowy pasażer jadący piętro wyżej. Wygląda jak zespół, który chce tam wejść i od razu się rozgościć.
