|
Wisła zrobiła dokładnie to, czego oczekuje się od drużyny idącej po awans: postawiła kropkę nad i. Zwycięstwo 2:0 z Chrobrym Głogów po bramkach Juliana Lelievelda i Marko Božicia nie było wymęczonym dowiezieniem celu na oparach, tylko bardzo dojrzałym przypieczętowaniem powrotu do Ekstraklasy po czterech latach przerwy.
Najważniejsze jest to, że Wisła w takim meczu nie pękła. Nie wyszła jak drużyna sparaliżowana stawką, nie próbowała prześlizgnąć się przez spotkanie na zasadzie „byle nie zepsuć”. Przeciwnie. Od początku grała na wysokiej intensywności, z agresją, z odpowiedzialnością w pojedynkach, z dobrym doskokiem i z wyraźnym przekonaniem, że jest zespołem lepszym piłkarsko. Chrobry był w tym meczu rywalem ambitnym, ale przez większość czasu wyglądał jak ktoś, kto może najwyżej próbować przeszkadzać. O realnym przejęciu kontroli nie było mowy.
To był mecz drużyny świadomej swojej wyższości. Wisła dominowała nie tylko wynikiem, ale też jakością zachowań boiskowych. Lepiej operowała piłką, szybciej reagowała po stratach, skuteczniej zbierała drugie piłki i częściej znajdowała rozwiązania między liniami. Chrobry nie został po prostu pokonany. Został piłkarsko przykryty. Jak kartka z kiepską rozprawką, którą nauczyciel od razu odkłada na bok, bo po trzech zdaniach wie już, że nic wielkiego tam nie znajdzie.
Najlepszym zawodnikiem Wisły był Julian Lelieveld. I to nie „najlepszym, bo strzelił gola”, tylko najlepszym w pełnym, piłkarskim znaczeniu tego słowa. Holender zaliczył występ wybitny. Pierwszy gol był oczywiście wydarzeniem kluczowym, bo zdjął z drużyny część presji i ustawił mecz mentalnie. Ale ograniczanie jego występu tylko do bramki byłoby futbolowym barbarzyństwem. To był pokaz nowoczesnej gry bocznego obrońcy.
Lelieveld imponował przede wszystkim przeglądem pola. Bardzo dobrze widział, gdzie znajduje się najbliższy przeciwnik, gdzie jest wolna przestrzeń, który kolega może przyjąć pod presją, a który powinien dostać piłkę dopiero po przesunięciu rywala. W wielu sytuacjach nie wybierał najłatwiejszego podania, tylko najlepsze. To ogromna różnica. Najłatwiejsze podanie często tylko oddala problem o dwa metry. Najlepsze podanie potrafi złamać pressing, otworzyć sektor i od razu przenieść ciężar gry.
Do tego dochodził timing. Lelieveld wiedział, kiedy przyspieszyć, kiedy zwolnić, kiedy wyjść wyżej, a kiedy zostać i dać drużynie bezpieczną opcję rozegrania. To nie była gra na chaosie, instynkcie i modlitwie do najbliższego kolegi. To była gra zawodnika, który skanuje przestrzeń przed przyjęciem piłki. Takiego, który widzi akcję sekundę wcześniej niż większość uczestników meczu. A w piłce ta sekunda często oddziela piłkarza dobrego od piłkarza naprawdę wartościowego.
Kapitalne było jego wyprowadzanie piłki ze strefy obrony, które zresztą pokazywał już w tym sezonie wielokrotnie i które nadal działa i na które rywale w dalszym ciągu nie są w stanie znaleźć skutecznego antidotum (wbrew temu, co wypisują czasem niektórzy kibice). Pod pressingiem nie panikował, nie wybijał jej na zasadzie „niech leci, może ktoś tam biega”. Zamiast tego potrafił ustawić ciało, oszukać rywala pierwszym kontaktem, zagrać pod odpowiednim kątem albo wyprowadzić futbolówkę tak, by Wisła natychmiast zyskiwała przewagę. Przy drugim golu miał walny udział, bo znów pokazał jakość w budowaniu akcji i dostrzeganiu rozwiązania, które nie dla wszystkich lewych obrońców byłoby oczywiste.
W defensywie także zrobił swoje. Wygrywał pojedynki, był odpowiedzialny w destrukcji, dobrze czytał zamiary rywali i nie pozwalał, by jego sektor stał się autostradą dla Chrobrego. Tym występem ostatecznie pokazał, dlaczego Mariusz Jop przez cały sezon wolał wystawiać na lewej obronie właśnie jego, a nie Jakuba Krzyżanowskiego. Tam gra piłkarz lepszy, dojrzalszy, bardziej kompletny i zwyczajnie bardziej użyteczny dla drużyny. Gra ten, kto daje większą jakość. I w tym przypadku uzasadnienie było widoczne jak neon nad stadionem.
Drugim wielkim bohaterem był James Igbekeme. To był występ środkowego pomocnika, który nie musi strzelać goli, żeby być jednym z najważniejszych ludzi na boisku. James fenomenalnie blokował środek pola. Był tam, gdzie powinien być. Zbierał drugie piłki, asekurował, przecinał podania, antycypował ruch rywali i czyścił przestrzenie, zanim Chrobry w ogóle zdążył zbudować z nich realne zagrożenie.
To jest właśnie wartość, której często nie widać w prostym skrócie meczu. Igbekeme nie tylko odbierał piłkę. On porządkował Wisłę. Dawał jej stabilność po stracie, zabezpieczał partnerów, skracał pole gry i pilnował, by środek nie pękał po pierwszym mocniejszym kontakcie rywala. Operował piłką spokojnie, szybko i odpowiedzialnie. Nie grał efektownie dla efektu. Grał efektywnie. A to w środku pola jest znacznie cenniejsze niż trzy niepotrzebne obroty wokół własnej osi zakończone podaniem do tyłu.
To był występ na poziomie Ekstraklasy. James pokazał, że po awansie Wisła nadal będzie mogła na niego liczyć. W takim rytmie, przy takiej odpowiedzialności i takiej intensywności może być zawodnikiem, który daje drużynie realny fundament. Nie dekorację. Fundament. A fundament w piłce jest jak dobra defensywna szóstka: kiedy działa, połowa ludzi go nie docenia, ale kiedy go zabraknie, cały budynek zaczyna trzeszczeć. Bardzo cieszy mnie, że przez cały obecny sezon potwierdził wszystko od A do Z, co pisałem o nim na jego początku, a racji nie mieli ci, którzy drwili z tego i mówili, że będzie inaczej i jest Wiśle niepotrzebny.
Bardzo mocno trzeba też wyróżnić Marko Božicia. Austriak był niezwykle aktywny, szczególnie przy zejściach z lewej strony do środka i próbach uderzeń z prawej nogi. W swoim stylu często wchodził w drybling, prowadził piłkę podeszwą, szukał kontaktu z rywalem i próbował go wytrącić z równowagi. Momentami wkładał bezpośredniego przeciwnika na karuzelę tak skutecznie, że brakowało tylko budki z watą cukrową obok linii bocznej.
Gdyby Božić miał jeszcze większą szybkość i dynamikę, w ogóle nie byłoby co zbierać. Rywal mógłby się czuć jak na rollercoasterze połączonym z obowiązkowym szkoleniem BHP z bronienia jeden na jeden. Ale nawet przy nie wybitnej dynamice i szybkości Austriak daje drużynie dużo. Ma technikę, ma odwagę w pojedynku, ma pomysł i co najważniejsze - zrobił to, co do niego należało. Strzelił gola. W takim meczu to nie jest ozdobnik. To jest konkret.
Na duże pochwały zasłużył również Julius Ertlthaler. To był Julius z początku sezonu: dynamiczny, ruchliwy, agresywny, pracowity i pełen pomysłów. Nie chował się za plecami rywali, nie grał alibi, tylko szukał przestrzeni i rozwiązań. Potrafił przyspieszyć, potrafił zagrać dokładniej, potrafił podłączyć się do pressingu. Był konsekwentny w pracy bez piłki i użyteczny w fazie posiadania. Takiego Ertlthalera Wisła potrzebuje również w Ekstraklasie.
Dobry mecz zagrał także Kacper Duda. Po słabszym występie w Rzeszowie tym razem nie odstawał. Oczywiście zdarzały mu się błędy, ale ważne było to, co robił po nich. Nie stawał, nie rozkładał rąk, nie odpływał mentalnie. Od razu próbował naprawiać sytuację. Wracał, walczył, biegał, pracował bez piłki i był aktywny. Do tego zaliczył asystę, więc jego występ miał nie tylko walor energetyczny, ale też wymierny konkret. To był mecz, po którym można go chwalić bez robienia z niego od razu nowego Zielińskiego z Reymonta. Dobrze, uczciwie, pożytecznie.
Bardzo pewnie zagrała cała linia obrony oraz Patryk Letkiewicz. To ważne, bo w meczu o takiej stawce najgorsze, co można zrobić, to podarować przeciwnikowi paliwo z niczego. Wisła tego nie zrobiła. Nie było wielkich prezentów, nie było nerwowego machania nogą w powietrzu, nie było klasycznej piłkarskiej loterii pod hasłem „kto pierwszy spanikuje”. Dario Grujcić był jak skała. Silny, dobrze ustawiony, konkretny w interwencjach. Mariusz Kutwa pozostawał czujny, agresywny i myślący. Nie grał na bezmyślnym zapale, tylko z odpowiednim wyczuciem sytuacji.
Raoul Giger znów był bardzo solidny. W jego przypadku problem polega już na tym, że poziom „nie do przejścia” stał się standardem, więc człowiek przestaje reagować, jakby widział coś wyjątkowego. A to przecież jest komplement. Po chwilowej obniżce dyspozycji sprzed paru tygodni nie ma już śladu. Szwajcar wrócił do swojej normalnej wersji: odpowiedzialnej, twardej, skutecznej w pojedynkach i trudnej do złamania. Rywale odbijają się od niego jak tanie teorie od faktów.
Fred Duarte tym razem nie wpisał się na listę strzelców, ale nie zawiódł. Jako prawy pomocnik wykonał dużą pracę dla drużyny. Wracał, odbudowywał ustawienie, presował i pomagał utrzymać strukturę. Nie zawsze można być skutecznym pod bramką przeciwnika. Ważne, żeby wtedy nie znikać z meczu. Duarte nie zniknął. Był potrzebny, odpowiedzialny i pożyteczny.
Jedynym piłkarzem, który wyraźnie odstawał od reszty, był niestety Jordi Sánchez. To był słaby występ. Za dużo błędów technicznych, za mało czystości w grze, za mało realnej wartości w działaniach z piłką. W meczu, w którym większość drużyny podniosła poziom, jego mankamenty były jeszcze bardziej widoczne. Nie pomógł sobie tym spotkaniem w kontekście myślenia o nim jako o wartościowym uzupełnieniu składu na przyszły sezon. Jeśli Wisła chce w Ekstraklasie funkcjonować poważnie, takie występy muszą być traktowane jako sygnał ostrzegawczy, a nie jako drobna rysa na porcelanie.
Dobre zmiany dali Maciej Kuziemka i Ervin Omić. Kuziemka odzyskał wigor i dynamikę. Był żywszy, bardziej zdecydowany i znów przypominał zawodnika, który może wnieść coś z ławki. Omić grał krótko, ale sensownie. Umiejętnie się ustawiał, wspierał drużynę i miał jedną bardzo dobrą akcję, w której świetnie rozprowadził ofensywę. To są właśnie zmiany, które nie muszą trwać pół godziny, żeby zostawić pozytywny ślad.
Przeciętną zmianę dał Jakub Krzyżanowski. Na pozycji lewego pomocnika marnował okazje bramkowe, które tworzył mu zespół. Trudno jednak przesadnie go za to grillować, bo to nie jest jego nominalna pozycja. Problem polega na czymś innym: w ofensywie nie ma tej jakości, jaką daje Lelieveld. Nie ma tej swobody, tego skanowania przestrzeni, tego wyczucia tempa i tego naturalnego repertuaru rozwiązań. To kolejny dowód, że sam bieg, ambicja i młody pesel nie wystarczają, jeśli mówimy o drużynie walczącej o poważne cele.
Lepiej jako prawy pomocnik zaprezentował się Rafał Mikulec. Pokazał, że potrafi pomyśleć w pojedynku indywidualnym. Zmienić tempo, zaskoczyć rywala, dograć piłkę, poszukać niestandardowego rozwiązania. W tej roli może dawać wartość, bo nie ogranicza się do mechanicznego biegania przy linii. Ma w sobie boiskową inteligencję i doświadczenie, które w takich końcówkach sezonu są szczególnie ważne.
Całościowo był to jeden z tych meczów, po których nie trzeba dopisywać wielkiej poezji, bo sama rzeczywistość jest wystarczająco dobra. Wisła wygrała, zasłużyła, zdominowała rywala i przypieczętowała awans w ładnym stylu. Po czterech latach czekania kibice dostali wieczór, na który naprawdę zasłużyli. Bez upokorzenia, bez liczenia cudzych potknięć, bez proszenia losu o pomoc. Po prostu: zwycięstwo, dominacja, awans.
Mariusz Jop i jego piłkarze wykonali zadanie. Skutecznie. W futbolu na końcu tabela nie pyta o literackie walory drogi. Pyta, kto zrobił wynik. Wisła ten wynik zrobiła. Wczoraj postawiła ostatni stempel na dokumencie powrotu do Ekstraklasy.
Najważniejsze, że mamy Ekstraklasę. Cieszmy się!
Jaroo1: "okazało się, że gracze co się sprawdzają w Polsce są z 2 ligi hiszpańskiej. Nic w tym odkrywczego nie ma, byłoby dziwne gdyby się nie sprawdzali."
(...)
"Polaków na rynku to mamy do wyboru praktycznie zero w porównaniu do chociażby rynku europejskiego. Ogólnie poziom Polakow jest słabszy niż graczy z zachodu, dlatego logiczne jest że łatwiej znaleźć kogoś na zachodzie, nawet z II-V ligi - zależy od kraju, bo np w Hiszpanii można znaleźć dobrego gracza w niższej lidze"
|