Wyświetl pojedynczy post
Markus
Senior Member
 
 
Od: 11.2002
Skąd: Kraków

Offline

Ignoruj użytkownika Pomoc
#138
Stary 04.05.2026, 08:39
Trzeba zacząć od rzeczy najważniejszej: Wisła wygrała ze Stalą Rzeszów 2:1 i ten wynik oznacza de facto awans do Ekstraklasy. Najważniejsza robota została wykonana. Po latach kopania się z pierwszoligową rzeczywistością Wisła jest już jedną nogą tam, gdzie od dawna powinna być.

I właśnie dlatego ten mecz trzeba oceniać w dwóch porządkach.

Pierwszy to wynik. Kapitalny, bezcenny, przesądzający sprawę awansu.

Drugi to jakość gry. A tu pierwsza połowa była wyjątkowo marnym widowiskiem, zwieńczonym fatalnym dla naszej drużyny wynikiem.

Wisła zaczęła ospale, bez rytmu, bez kontroli środka pola, bez odpowiedniej intensywności i bez dokładności w prostych działaniach. Zawodnicy reagowali późno, podejmowali decyzje jak przez mgłę, a Stal zbyt łatwo znajdowała przestrzenie między formacjami. To nie była gra drużyny idącej po awans. To była raczej pierwszoligowa wersja szukania kluczy po ciemku w pokoju, w którym ktoś jeszcze przesuwa meble.

Największy problem był w środku pola. Tam Wisła praktycznie przestała istnieć, bo Duda rozgrywał mecz katastrofalny. Nie słaby. Nie przeciętny. Katastrofalny. Nadawał się do zmiany po kilku minutach, bo nie dawał ani tempa, ani zabezpieczenia, ani jakości w rozegraniu. Przy nim rywale mieli tyle miejsca, jakby ktoś im wykupił abonament na swobodne bieganie między liniami. Człapał, spóźniał się, przegrywał reakcje, nie pomagał w kontroli drugiej piłki i nie domykał przestrzeni. W tak ważnym meczu to był problem gigantyczny.

Na plus trzeba jednak zapisać trenerowi Jopowi jedną rzecz: tym razem zareagował. Jak na niego nawet dość szybko. Dudy na drugą połowę już nie było i bardzo dobrze, bo dalsze trzymanie go na boisku byłoby już nie odwagą, tylko eksperymentem z gatunku: „sprawdźmy, ile jeszcze dziur da się zrobić w środku pola, zanim zawali się sufit”.

Słabo wyglądali też Bozić i Julius Eritlthaler. Obaj potrafią dać tej drużynie więcej, ale w pierwszej połowie byli zbyt mało konkretni, zbyt mało dynamiczni i zbyt często poza właściwym rytmem meczu. Swojego dnia nie mieli również Leileveld i Grujcić. Holender był mniej dokładny i mniej pewny niż zwykle, popełniał pomyłki w defensywie, a Grujcić też nie dawał tej stabilności, której normalnie można od niego oczekiwać.

Dramatyczny w pierwszej połowie był Jordi Sánchez. Niedokładny, spóźniony, przegrywający decyzje, momentami zupełnie nieprzydatny w utrzymaniu piłki i budowaniu ataku. Wyglądało to po prostu źle.

W zasadzie w pierwszej połowie realną jakość dawali tylko Giger i James Igbekeme, nie licząc Letkiewicza, który robił swoje.

Giger zagrał bardzo dobry mecz. Szwajcar znów pokazał wysoką formę. W defensywie wygrywał praktycznie wszystko, co miał wygrać. Był twardy, pewny, dobrze ustawiony i trudny do przejścia w pojedynkach. A tym razem dołożył też pozytywy w ofensywie. Jego rajd w pierwszej połowie przez kilkadziesiąt metrów wyglądał do pewnego momentu imponująco. Nie było to klepanie dla klepania, tylko realne przesuwanie gry do przodu. W pierwszej połowie, gdy wielu kolegów wyglądało jakby grali na opóźnionej transmisji, Giger był jednym z niewielu, którzy mieli odpowiedni poziom koncentracji i fizyczności.

Bardzo ważny był też James Igbekeme. On i Giger świetnie zbierali drugie piłki, czytali grę i ratowali Wisłę ustawieniem. Przy Dudzie, który w środku pola przypominał ruchomy pachołek bez instrukcji obsługi, ich reakcje były bezcenne. Gdyby nie oni, Stal nie miałaby w ogóle żadnego problemu z konstruowaniem akcji i dostawaniem się pod nasze pole karne. Szwajcar znakomicie zamknął prawą stronę, a James cały czas musiał grać za dwóch, bo Dudy prawie nie było na boisku.

Druga połowa wyglądała lepiej. Nie idealnie, nie efektownie przez cały czas, ale już bardziej sensownie. Wisła zaczęła grać z większą energią, lepiej przesuwać akcje i częściej przenosić ciężar gry tam, gdzie można było realnie zrobić rywalowi krzywdę.

Więcej jakości zaczęli dawać Leileveld i Božić. Holender po przerwie wyglądał pewniej, częściej pomagał w rozegraniu i dawał drużynie więcej spokoju przy wyjściu spod pressingu. Božić też zaczął być bardziej aktywny i pożyteczny. Nie był to jego wielki mecz, ale po zmianie stron przynajmniej przestał być postacią znikającą w tle.

Niezłe zmiany dali Mikulec i Krzyżanowski. Obaj wnieśli energię i chęć do gry, aczkolwiek trzeba zauważyć, że piłkarze Stali opadli już wówczas mocno z sił i zaczęli dawać więcej przestrzeni naszym graczom. Przy Krzyżanowskim trzeba uczciwie dodać, że w końcówce dał się mocno oszukać rywalowi i mogło się to skończyć stratą gola.

Bohaterem meczu został oczywiście Fred Duarte. Dwa gole w takim spotkaniu to jest konkret, którego nie da się przykryć żadnym narzekaniem na ogólną jakość gry. Portugalczyk przesunięty do ataku, bardziej do środka, a nie przyklejony do skrzydła, wyglądał znacznie lepiej. Tam miał bliżej bramki, częściej znajdował się w polu rażenia i mógł wykorzystać swoje największe atuty. To był występ człowieka, który wziął odpowiedzialność za wynik w najważniejszym momencie sezonu. Dwa strzały, dwa ciosy, dwa gole, które w praktyce otwierają bramę do Ekstraklasy. Jakiż kontrast z tym, co zrobił niegdyś Sobczak w Sosnowcu...

Rozegrał się też Jordi Sánchez. Po fatalnej pierwszej połowie w drugiej dał już coś drużynie. Lepiej pracował, był bardziej obecny w akcjach ofensywnych i przede wszystkim zaliczył asystę przy drugiej bramce. To nadal nie był występ kompletny, ale po przerwie przynajmniej przestał być dla Wisły problemem, a zaczął być elementem akcji bramkowej. W takim meczu to ma ogromne znaczenie.

Pozytywny sygnał dał również Kuziemka. Widać, że wraca do wyższej formy. Starał się, szarpał, próbował przyspieszać grę i parę razy zrobił coś sensownego. Nie wszystko wychodziło, ale była energia, był ruch i była chęć gry do przodu. Po wcześniejszych problemach to ważny sygnał.

Julius Ertlthaler? Przeciętnie. Stać go na więcej. Ma jakość, ma technikę, ma pomysł na grę, ale tym razem zbyt rzadko przekładał to na realny wpływ na mecz. Od takiego zawodnika trzeba wymagać więcej, szczególnie w spotkaniach, w których środek pola nie może przypominać sera szwajcarskiego: dziurawego i zawieszonego tylko na pracy jednego Jamesa Igbekeme.

Najważniejsze jednak, że Wisła ten mecz wygrała. I to jest różnica między drużyną, która potrafi doczołgać się do celu mimo słabszego dnia, a drużyną, która jak w poprzednich sezonach sama sobie podstawiała nogę na ostatniej prostej. Dzisiaj przez długi czas było nerwowo, brzydko i jakościowo biednie, ale skończyło się zwycięstwem. A na tym etapie sezonu nie rozdaje się punktów za wrażenia artystyczne, tylko za gole.

Wisła wygrała 2:1. Fred Duarte został bohaterem. Giger i James utrzymali zespół przy życiu wtedy, gdy środek pola chwiał się jak płot po wichurze. Jop wreszcie zareagował na ewidentny problem z Dudą. Druga połowa była lepsza. Wynik jest bezcenny.

I teraz można powiedzieć wprost: Ekstraklasa jest już na wyciągnięcie ręki. De facto Wisła zrobiła dzisiaj krok, który powinien kończyć pierwszoligową gehennę. Nie po wielkim meczu. Nie po pokazie siły. Raczej po zwycięstwie wyrwanym charakterem, indywidualną jakością i wreszcie jedną sensowną korektą trenera.

Ale po latach tej pierwszoligowej mordęgi naprawdę nie będę wybrzydzał. Awansuje się nie tylko po pięknych koncertach. Czasem awansuje się po meczach, które przez 45 minut wyglądają jak próba generalna katastrofy, a kończą się dwoma golami Duarte i trzema punktami.

I oby to był ostatni taki ciężki rozdział przed powrotem tam, gdzie Wisła powinna być od dawna.
Jaroo1: "okazało się, że gracze co się sprawdzają w Polsce są z 2 ligi hiszpańskiej. Nic w tym odkrywczego nie ma, byłoby dziwne gdyby się nie sprawdzali."
(...)
"Polaków na rynku to mamy do wyboru praktycznie zero w porównaniu do chociażby rynku europejskiego. Ogólnie poziom Polakow jest słabszy niż graczy z zachodu, dlatego logiczne jest że łatwiej znaleźć kogoś na zachodzie, nawet z II-V ligi - zależy od kraju, bo np w Hiszpanii można znaleźć dobrego gracza w niższej lidze
"
Odpowiedz cytując