Zbyt wiele lat dostawaliśmy szmatą po pysku, by nie korzystać z tej chwili radości. Szczególnie, że nie wygrywamy przypadkowo, a wszystko dookoła nabiera logicznych ksztaltów.
Spadek z ekstraklasy oraz Puszcza są bolesnym wspomnieniem. W moim przypadku Miedź trochę mniej, bo powietrze (i wiara) ze mnie uszło w momencie kontuzji Mikulca.
Najbardziej oderwani są dziennikarze sportowi wychowani na Wielkiej Wiśle, jak Ćwiąkała czy Święcicki, ale taka już ich praca, a poza tym też robią to z delikatnym przymrużeniem oka, bo są to ogarnięci goście. Wisła się klika, Wisła się ogląda, a jak robimy dobre wyniki to maszyna się napędza i w tysiącach ludzi odżywa dawno zapomniane uczucie. Szykuje się kolejny mecz ligowy z pełnym stadionem. Efekt Petera Moore'a?

Nie, wszystko napędzają świetna gra, wyniki i transfery (głównie pozostanie Rodado).
Współczuję ludziom, którzy nie potrafią łapać takich drobnych chwil radości, bo przecież po ewentualnym awansie do Ekstraklasy długi dalej będą wielomolionowe, a sam awans dla drużyny z takimi kibicowskimi ambicjami to nadal nic, skoro nam w głowie marzy się powrót do walki o najwyższe cele w lidze o pięterko wyżej.
Można lamentować, wywoływać nieuniknione potknięcia i tonować radość fanów, albo można zarażać swoich kolegów/rodzinę uśmiechem i napędzać modę na kibicowanie Wiśle, bo samemu miałem okazję na ostatnim meczu towarzyszyć kolegom, którzy po raz pierwszy zabrali swoje pociechy na mecz i nie wiem, czy pamiętacie swoje pierwsze mecze na stadionie, ale właśnie tak efektowne wygrane przy pełnym stadionie są idealnym momentem na rozpoczęcie swojej kibicowskiej przygody.
Od tonowania nastrojów piłkarzy jest sztab, który zapracował sobie na nasze zaufanie.