Kolejny mecz przed nami – tym razem z Kotwicą. I co tu dużo mówić, nie jestem pełen optymizmu, a raczej pełen obaw. Patrząc na to, jak Wisła radzi sobie bez Carbo i Poletanovicia w środku pola, zastanawiam się, czy nie powinniśmy zacząć palić świeczek w ich intencji, byleby tylko wrócili na boisko przed pierwszym gwizdkiem.
Bez nich nasz środek pola wygląda mniej więcej jak dialog Jopa z Excelami Królewskiego – niby wszystko pięknie na papierze, a w praktyce wychodzi dramat.

I nie, nie przesadzam, bo każdy kto widział ostatni mecz, ten wie, że granie Dudą i Sukiennickim przypomina trochę próbę wciśnięcia kwadratowego klocka w okrągłą dziurę – efektów zero, ale przynajmniej wesoło się ogląda.
Kotwica pewnie znów postawi autobus w polu karnym, a nasz wunderkind Duda zadba o to, żeby żadna wrzutka nie zagroziła bramce rywali. Jeżeli więc znowu ktoś z ekipy Jopa nie zrobi cudu indywidualną akcją, możemy mieć kolejny spektakularny pokaz męczenia futbolówki bez efektów.
Cóż, może Jop znajdzie jakiś nowy, genialny plan typu: "gramy swoje, w końcu musi się udać" – no bo przecież kiedyś musi, prawda?

Pytanie tylko, czy dożyję tego momentu bez Carbo i Poletanovicia na murawie. Oby chłopaki jednak zdążyli wrócić, bo inaczej znów czeka nas nerwówka. A z moim ciśnieniem ostatnio kiepsko...