Teraz już można na spokojnie przeanalizować wczorajszy mecz i wielkie zwycięstwo, bo awans do finału Pucharu Polski w sytuacji dzisiejszej Wisły to coś niesamowitego. Ogromny sukces, za który należą się brawa, a nie hejt.
Zacznę od tych, którzy grali najlepiej w drużynie. Wczoraj mieliśmy kilku bohaterów, którzy zagrali świetnie.
Pierwszym z nich był Alfaro - rozgrywał bezsprzecznie swój najlepszy mecz w Wiśle, bardzo dużo biegał, tytanicznie pracował również w destrukcji, miał odbiory, presował, pokazywał się do podań, blokował wyprowadzanie piłki przez Piasta, wracał do asekuracji, gdy graliśmy głębiej, nie odpuszczał krycia, dynamicznie doskakiwał i oczywiście strzelił arcyważnego gola. Ma 32 lata, a kondycyjnie wytrzymał niesamowicie, cały czas był w ruchu. Ciekawe, ile łącznie zrobił tych kilometrów we wczorajszym meczu, myślę że będzie to najwięcej w drużynie. Walczył, tyrał, nie odstawiał nogi i pokazywał, że potrafi dobrze myśleć na boisku. Duże brawa.
Następnie Sobczak: znów gol, znów walka, przepychanie się z rywalami, atakowanie ciałem stopera, co go też musiało wykańczać i frustrować, bo żeby powstrzymać Sobczaka musiał ciągle używać siły fizycznej i się męczyć. Szymon umie zastawiać piłkę i to też bardzo przydawało się wczoraj, piłki adresowane do niego były piłkami na walkę, dawały szansę utrzymania się przy niej i skonstruowania akcji w trzeciej tercji. Cieszy, że tak mu zależy na Wiśle i rzeczywiście zawsze daje z siebie wszystko, jedyny Polak, który nie olewa swoich obowiązków na boisku w żadnym meczu w naszych barwach.
Kolejny bohater to Carbo: znów szef i centralna postać środka pola, mnóstwo odbiorów, podań progresywnych po przejęciu piłki, mądrego przenoszenia ciężaru gry, dokładnych zagań, wspaniałej pracy w doskoku i asekuracji, blokowania rywali, naprawiania błędów kolegów (zwłaszcza Goku). Nie tracił piłek, zarządzał tempem, umożliwiał wyprowadzanie akcji i budowanie ich podaniami od tyłu. Niezwykle ważna postać i rola w zespole.
Teraz Józek Colley: dziś to on jest piłkarzem, który najmocniej skorzystał na przyjściu Rude. Zdecydowanie najlepszy obrońca, grał bardzo pewnie i konsekwentnie, nie panikował pod presją, dobrze się ustawiał, nawet kilka razy ładnie wybił piłkę głową, co u niego zawsze stanowiło problem. Dobrze również wyprowadzał futbolówkę: widać, że sam czuje się dziś aż tak mocny, że nawet momentami poniosła go fantazja, gdy ruszał do ofensywy za akcją. Nie bał się tego, pomimo iż jak wiadomo w ofensywie to on nie ma nic sensownego do zaproponowania.
Duda: generalnie bardzo pozytywny występ, tym razem walczył, nie odstawiał nogi, był przydatny, pomagał Carbo w zabezpieczeniu środka pola i w asekuracji, był cenny w destrukcji, stanowił ważny element rozegrania. Niestety jak zawsze gdy przychodzi oddać strzał, ogarnia go jakiś paraliż czy klątwa. To jest aż zastanawiające, jak bardzo on nie umie strzelać, w końcówce przecież powinien zdobyć gola na 3:1 - sztuką było tego nie zrobić, ale on oczywiście jej dokonał. Może rzeczywiście warto zabrać go do jakiegoś psychologa albo egzorcysty.
Dalej Raton - bronił bardzo pewnie, nie popełnił żadnego istotnego błędu, nie zaliczył żadnego babola w kolejnym meczu z rzędu, pomimo iż niektórzy próbując wciskać do składu Brodę robili z niego "ręcznik" i najgorszego bramkarza w historii Wisły, który niemal w każdym meczu musi coś zawalić. Kolejny raz pokazał, że nie mieli racji i tak nie jest. To bramkarz zdecydowanie lepszy od Brody czy Biegańskiego, gdy był w klubie.
Niewiele błędów zrobił dzisiaj Uryga, na szczęście Piast nie dysponował bardzo szybkimi napastnikami. Dobrze grał w powietrzu, celnie wyprowadzał piłkę, był skoncentrowany. Pozytywnie zaprezentował się także Szot (zaliczył asystę), który niewątpliwie lepiej broni niż Krzyżanowski, choć też potrafi zrobić idiotyczny błąd jak pokazał w Gdyni.
Zawiedli natomiast w tym meczu Jaroch, Villar i Goku. Najgorzej zagrał oczywiście ten ostatni: dużo strat, złych wyborów, fatalnych podań, również zepsuł doskonałą okazję na 3:1. Gdyby na jego miejscu był wtedy Rodado z pewnością skończyłoby się golem, bo była idealna sytuacja na strzał z lewej nogi.
Dla odmiany Miki nie wrócił jeszcze do formy po kontuzji i było to widać. Bardzo słabo w ofensywie, w defensywie starał się pomagać i tu przydawał się paradoksalnie bardziej. Jeszcze słabsza postawa Jarocha po prawej stronie, którego objeżdżali rywale jak chcieli i który momentami kompletnie nie dowoził, nie tłumaczy ani jednego ani drugiego.
Osobne słowo należy się też Rude. Pokazał, że jest bardzo dobrym trenerem, a nie żadnym "strzałem w kolano" jak próbowali wmawiać durni hejterzy i komedianci tego forum. Umie prawidłowo rozwijać i ustawić zespół, nauczyć go stosowania ataku pozycyjnego, tworzenia luk w obronie rywali, gry kombinacyjnej, uporządkował grę defensywną Wisły. Zespół wie, jak ma bronić, jak się ustawiać, jak zamykać rywalom przestrzenie, jak mimo strasznie wolnych stoperów radzić sobie z kontratakami. Piast przez cały mecz nie miał wielu sytuacji bramkowych, jedyne zagrożenie jakie potrafił stworzyć było po stałych fragmentach gry i na skrzydłach, gdzie niestety jak wspomniałem nie dowoził zwłaszcza Jaroch. Drużyna tworzyła jeden organizm, prawidłowo się asekurujący i współpracujący na murawie.
Rude świetnie zarządza też meczem, nie trzymał na boisku w nieskończoność Goku, tylko jako pierwszego go zmienił. W momencie, gdy zauważył, że Villar również już całkowicie opadł z sił, od razu zareagował zmianą Baeny. Każda jego korekta poprawiała sytuację i pomagała drużynie, wnosiła coś pozytywnego. Dawno tego u nas nie było.
Z rozbijaniem autobusów idzie Rudę gorzej, ale to głównie dlatego, że nie mamy do takiej gry zawodników. Ma to zmienić Omrani, jeśli wróci do sensownej dyspozycji, nad czym cały czas trwa praca. Dlatego może to być bardzo potrzebny i ważny transfer na nadchodzące spotkania, skrojony właśnie typowo pod potrzeby gry w pierwszej lidze.
Cieszmy się tą piękną chwilą, którą wreszcie po tylu latach posuchy dał nam klub, cała drużyna, piłkarze i trenerzy. Hejterzy dalej będą starali się ją i wszystko co pozytywne dla Wisły zniszczyć, nie przyznając się do swoich błędów i idiotyzmów, ale nikt nie musi ich słuchać.