MaLk napisał(a): 
Nie no, zachowajmy pewien umiar w wymyślaniu uzasadnień. To jednak jest klub piłkarski, a nie przechowalnia bezrobotnych piłkarzy z listy agenta po to, żeby inny piłkarz czuł się usatysfakcjonowany. Chyba że właśnie usiłujesz nas przekonać, że ani Rodado, ani jego agent nie są profesjonalistami. Ani nasz klub. Nikt nie załatwia interesów w ten sposób.
Uzasadnienie zatrudnienia Omraniego jest powszechnie znane. Chłop coś tam kiedyś potrafił, potem przestał grać i stał się bezrobotny. Jest "okazja" zatrudnić go za stosunkowo małe pieniądze licząc na to, że się odbuduje (bo od dawna nie grał w piłkę, ma już swój wiek i nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci do grania na sensownym poziomie) i coś tam wniesie do gry zespołu. Jeśli już, to raczej w maju. Dorabianie do tego jakiejś wymyślonej ideologii zakładającej cholera wie jakie transakcje wiązane jest kompletnie z d*py.
Generalnie prawdą jest, że albo się uda, albo się nie uda (złośliwy statystyk powiedziałby zatem, że prawdopodobieństwo wynosi 50%). Poprzedni przykład tego typu filozofii zatrudniania na odbudowanie - Beciraj - okazał się kompletnym niewypałem. Inni przez nas zatrudniani na ratowanie sezonu pod koniec okienka zimowego leciwi zadaniowcy po przejściach też nie za bardzo się nam sprawdzili. Z drugiej strony byli w historii piłkarze, którzy na tej zasadzie odpalili, choćby najsłynniejszy: Vadis w Legii. Oczywiście - przypadek Vadisa był robiony na ryzyku, ale z zachowaniem elementów racjonalności - gość był młodszy, sprowadzany na początku lata i wiadomo było, że jest sensowny czas i na odbudowanie, i na skorzystanie z odbudowanego piłkarza, i na potencjalny transfer (kontrakt podpisywał na 2 lata).
My, abstrahując już od ryzyka tego czy odpali, czy nie, podpisujemy Omraniego już po okresie przygotowawczym i praktycznie na 3 miesiące, z czego z góry wiadomo, że przez pierwszy miesiąc nie będzie grał wcale, w drugim zacznie powoli wchodzić, a na poważnie może stanowić o sile zespołu dopiero w trzecim miesiącu.
Zakładając, że kwota 2 tys. euro jest zgodna z rzeczywistością musimy już dokonać rekalkulacji ekonomicznej. Realnie więc płacimy ok. 6 tys. euro za piłkarza, który realnie do prawdziwej dyspozycji trenera będzie miesiąc - półtora miesiąca. Wychodzi już zatem na to, że - patrząc z perspektywy ekwiwalentności świadczeń, tak naprawdę płacimy mu raczej w okolicach 4-6 tys. euro na miesiąc rzeczywistej, pełnej dostępności. Nie wiedząc, czy odpali. A to już nie jest wcale takie zaje*isty deal, jak się na początku wydawało, bo to są koszty porównywalne z drugim zaciągiem hiszpańskim.
Oczywiście - krótka umowa ma swój plus sprowadzający się do tego, że jak nie odpali, to żegnamy bez żalu i bez kosztów. Z drugiej strony - jak chłop się odbuduje, to praktycznie nie mamy szansy tego zdyskontować inaczej niż w tych kilku meczach końcówki sezonu, bo będzie sobie mógł iść gdzie chce za free.
Pytanie też jaką będzie miał motywację do tego, żeby w trakcie tego miesiąca traktować swoją obecność w Wiśle inaczej niż jako obóz przygotowawczy do letniego okienka, kiedy będzie szukał normalnego pracodawcy. Miesiąc gry u nas nie będzie dla żadnego potencjalnego nabywcy stanowił jakiegoś wyznacznika, jeśli już ktoś go będzie chciał zatrudnić, to przez pryzmat historii poprzednich dokonań i rzeczywiście sprawdzanej formy na testach.
I teraz, omówiwszy istotę tego transferu, wracamy do tego, co się rzeczywiście liczy. Może chłop odpali, może nie. Daj Boże, żeby odpalił. Daj boże, żeby przeprowadził nawet tylko tę jedną jedyną skuteczną akcję w meczu decydując o naszym awansie. Wtedy okaże się, że był warty grubo więcej niż pensja, którą zarobił, bo sam awans to jakieś +10 mln zł dla klubu.
Dyskusja dotyczy jednak tego, czy stać nas na takie wydatki. Tak jak kiedyś dyskutowaliśmy o tym, czy transfer Fazlagicia był rozsądny czy nie, tak samo teraz - nie chodzi o to czy w typowej sytuacji taka inwestycja jest OK. Chodzi o to, że my nie jesteśmy w typowej sytuacji i każdy grosz powinniśmy oglądać z czterech stron przed jego wydaniem. Coś, co w normalnej sytuacji przeszłoby bez jakiegokolwiek echa, w klubie, który nie ma kasy zyskuje zupełnie inny wymiar. Coś, co byłoby pojedynczym zdarzeniem też pewnie przeszłoby niezauważone. Ale umiejscawiamy to wszystko w kontekście klubu - my, zadłużony po uszy klub z problemami z płynnością, zobowiązaniami licencyjnymi na już, super drogą (en masse) kadrą i ciągle niepotrafiącą grać na miarę już posiadanego potencjału sportowego kadrą, takich piłkarzy do odbudowania mamy w kadrze już (chyba) kilkunastu, co sprawia, że niedługo pula wynagrodzeń piłkarzy niezdatnych do gry będzie większa od puli płaconej tym, którzy są rzeczywiście zdolni do gry.
I już nagle wychodzi, że tutaj nie chodzi o 2 tys. euro na miesiąc, tylko - ziarnko do ziarnka - jakieś (strzelam) 50 tys. euro w ramach dodatkowych kosztów całej takiej polityki transferowej. Tyle, ile z ogromnym trudem zarabiamy (wg wyliczeń JK) na topowym meczu z Widzewem.
Wracając do Twojego porównania, żeby sobie kupić te, dziesiąte z kolei, frytki niby za drobną kasę, nie płacimy za inne, potrzebniejsze wydatki. A frytki kupujemy w jakiejś obskurnej przydrożnej budzie, nie mając zielonego pojęcia czy w ogóle będą się nadawały do jedzenia. Poprzednie trzeba było wyrzucić do kosza.
|
Ja bym też takiej możliwości o jakiejś transakcji wiązane nie odrzucał tylko że to jak ja to widzę może spowodować że kontrakt Omraniego może być znacznie droższy niż się nam wszystkim tutaj wydaje.Ponoć w zimie były jakieś oferty za milion euro na jednego z piłkarzy.Załóżmy że to prawda i że tym piłkarzem był Rodado.Jestem sobie w stanie wyobrazić że menadżer Angela podsunął deal że on nam podsyła zawodnika z niezłym CV za grosze ale w lecie mamy nie robić problemu nawet jak awansujemy, jak przyjdzie oferta za Rodado.Resztę już łatwo sobie dopowiedzieć gdzie agent kontaktuje się z potencjalnym kupcem i cześć pieniędzy zamiast trafić do Wisły trafia na konto agenta czy samego Angela.
|