Była sobie jedna dziwna i absurdalna historia, która dziać się miała w samym sercu polskiego futbolu. Pewnego dnia Janusz Filipiak, były prezes Cracovii, który właśnie wrócił z zaświatów, postanowił wskrzesić swoje przywództwo i zająć się prezesowaniem Wisły Kraków!
Janusz Filipiak, pozornie zmarły jeszcze z passionem do futbolu tętniący, wskoczył do swego ziemskiego garnituru i wyruszył na stadion Wisły, gotowy wprowadzić chaos. Zakradł się tam w połowie nocy, niosąc ze sobą ampulki pełne dziwnego napoju o nazwie "Odwrócona Wisła", który planował podmienić na energetyki graczy.
Następnego dnia, podczas treningu Wisły, Filipiak bezczelnie przechadzał się po boisku z przysłowiowym kapturem nabitym "CMC" oraz kijkiem hokejowym, podsycając jednocześnie niezdrową konkurencję między piłkarzami. Wszystko to robił z ministerialną nonszalancją i złośliwym uśmiechem na twarzy.
Gracze, zaintrygowani nagłą obecnością Filipiaka, zadawali sobie pytania: "Co ten duchowa para robi tu? Czy Wisła nie jest już dość zmartwychwstała w tym sezonie?".
Janusz zerknął na zegar i doszedł do wniosku, że nadszedł czas zmienić taktykę i zająć się sabotowaniem Wisły na poważnie. Usiął na ławce trenerskiej i zaczął nadawać swoje własne instrukcje. Każdy strzał w bramkę napastnika był zdejmowany ręcznikiem przez Filipiaka, a jego komentarze zniechęcały każdego piłkarza do jakiejkolwiek aktywności.
Nawet kiedy jednemu z obrońców udało się wykonać efektowne zawinięcie, Filipiak skoczył jak szalony na nogi, krzycząc "To musi być spisek! Ktoś tu pewnie za dużo jeżdził na golabki! Obykle to ja to robiłem!".
W końcu, po kilku tygodniach szaleństwa Filipiaka, Wisła zaczęła odnosić jedno porażkę za drugą. Kibice, trenerzy i piłkarze byli zdezorientowani, niezdolni zrozumieć, jak ich klub tak nagle zaczął tracić piłkarską wręcz godność.
W końcu, gdy chaos osiągnął szczyt, jeden z członków zarządu zauważył Filipiaka. Zrobił wszystko, co mógł, by wyjaśnić, że był on były prezes Cracovii i nie należy go słuchać. Zawodnicy Wisły natychmiast wyszli na swoje boisko i odwrotnie zaczęli działać zgodnie z tysiącami treningów, które przeszli. W końcu nikt nie bawił się już w szaleństwo Filipiaka.
Janusz Filipiak, przegrany w swoim oszustwie, schował swój kapturek "CMC" i kijek hokejowy, powoli dryfując w powietrzu w stronę niebiańskiego stadionu. Prawie słyszalne było jego duchowe westchnienie: "Być może był to zbyt zuchwały plan na powrót do świata żywych. Najwyraźniej Wisła nie potrzebuje mojej pomocy".
Moralą tej absurdalnej historii było to, że nikt nie może sabotować drużyny, a moc jest w każdym z nas. Ponadto, zmartwychwstanie nie zawsze oznacza powrót do poprzedniej władzy. Tak więc, Janusz Filipiak odda zaświaty na własne żądanie i postanawił nie mieszać już w sprawy krakowskiego futbolu.
I tak oto, na wieczność zostaje zafundowana cisza na stadionie, a piłkarze Wisły mogą spokojnie grać swoje magiczne gry. I to wszystko stało się dzięki pewnemu byłemu prezesowi, który próbował sabotować klub, ale który w końcu został pokonany przez jedność.