Pewnego pięknego dnia, trener Wisły Kraków, Mariusz Jop, postanowił, że pilnowanie treningów to nie wszystko. Fascynacja nim ogarnęła modlitewna aura i nagle stał się wiernym pielgrzymem grobu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Zamiast prowadzić drużynę na boisku, Jop spędzał większość czasu, odmawiając różańce i składając kwiaty na grobie.
Jop częściej niż na treningach był widziany w okolicznych kawiarniach, zajadając się kremówkami w Wadowicach. Niezależnie od tego, czy zespół potrzebował jego wsparcia, czy nie, on wolał spędzać czas na przyjemnościach smakowych, zamiast na ćwiczeniach na boisku.
Niestety, zespół Wisły zaczynał pogrążać się w wynikach. Jop nie dbał o profesjonalizm i w obliczu krytyki postanowił wyciągnąć z szafki swoją stary, sporej wielkości koszulkę i wystawić samego siebie w składzie. Były piłkarz zmierzał na boisko, zapięty w niezdarnym futbolowym stroju, gotowy, by pokazać młodszym kolegom, jak to się robi.
Kiedy nadszedł decydujący mecz o awans do Ekstraklasy, w atmosferze pełnej napięcia, Jop zaskoczył wszystkich. Nagle wszyscy na stadionie zobaczyli go, unoszącego się w powietrzu w kapsule, jak superbohater. Krzycząc "do boju" i mając nadzwyczajne moce, Jop skakał po boisku jak zawodowy akrobata.
Niestety, jak to w absurdalnych historiach bywa, wszystko poszło nie tak. Gdy Wisła była na skraju zwycięstwa, Jop zabrał się do główkowania piłki i niefortunnie uderzył ją własną głową prosto w siatkę. Gol samobójczy! Klub i kibice byli załamani, nie mogąc uwierzyć w to, co widzieli.
Tym samym Jop pogrążył Wisłę w smutku, ale został zapamiętany jako najbardziej ekscentryczny trener w historii i mistrz humorystycznych twistów.