|
Tekst Trelli jest fajny, ale dotyka problemu, który jest objawem, a nie główną przyczyną.
Dla Wisły takie problemy to zupełna nowość, bo charakter i silne osobowości w szatni były przez ostatnie lata tym, co najbardziej cechowało ten zespół. Nawet w czasach, gdy w Krakowie nie było już niczego, obecność w szatni postaci pokroju Arkadiusza Głowackiego, Pawła Brożka, Marcina Wasilewskiego, Rafała Boguskiego (tak, jego też) czy nawet Łukasza Burligi gwarantowała zachowanie odpowiednich standardów. Dawała drużynie kręgosłup. W czasach Macieja Stolarczyka, umiejącego dobrze dogadywać się z liderami i stworzyć w szatni odpowiednią atmosferę, mentalność była tym, co pozwoliło przetrwać najtrudniejsze czasy.
W drugim sezonie Stolarczyka nie gwarantowała. Po tym, kiedy sprzedano mu za dużo niezłych zawodników, bajka się skończyła, mimo że w Wiśle było wielu doświadczonych Polaków z grupy, o której wspomina Trela. Od tamtego czasu wszyscy, którzy mieli jakąkolwiek wartość sportową odeszli lub skończyli karierę. I w miarę, jak odchodzili było coraz gorzej. Przy okazji w międzyczasie najemnik z Izraela pokazał, jak może podnieść się poziom drużyny, jeśli przychodzi do niej ktoś, ktoś potrafi grać w piłkę.
Oczywiście mentalność odgrywa rolę. I rzeczywiście ta drużyna rozsypuje się w proch, kiedy dostaje gonga (tylko, że to przypadłość obecna również w czasach Brożka, Wasilewskiego, Bokuskiego i Błaszczykowskiego po powrocie). Ale jak napisałem to efekt uboczny, a nie przyczyna.
|