wolfy napisał(a):

|
Ja bym zamienił Gulę na Ojrzyńskiego od ręki. Nie z powodu "zapierdalania", tylko żeby ustawił drużynę w obronie. W ataku szału nigdy nie będzie z takim szrotem, nie wiem który debil wymyślił tą "krakowską piłkę", ale z SFG kilka bramek może by wpadło.
|
To może już lepiej Marka Motykę? Szarańcza wiecznie żywa.
Cytat:
Panie trenerze - dawno na polskich ekstraklasowych boiskach nie widzieliśmy "szarańczy". A mimo to ten wariant wciąż tkwi w głowach widzów piłkarskich. Pojawia się podstawowe pytanie - skąd nazwa?
- Historia jest banalna. Przekazałem w Polonii Bytom chłopakom, jak mają rozegrać rzut rożny. Zwyczajnie wszyscy mieli się rozbiec w swoją stronę, oczywiście według schematu, ale tylko nam znanego. Wyglądało to fantastycznie, a do tego było efektywne. Problem pojawił się natomiast w szatni - jak to nazwać, żeby jeden tekst zrozumiało w sekundę reszta zespołu? Jeden z zawodników rzucił - mimochodem - hasło "szarańcza".
Szarańcza nie kojarzy się z niczym dobrym...
- I prawidłowo. Nazwa jest groźna, a - mimo to - budzi uśmiech na twarzy widzów. Całkiem inaczej wtedy było z piłkarzami przeciwnych drużyn. Tym zawodnikom wcale do śmiechu nie było. Oni naprawdę nie wiedzieli, jak się przed tym bronić.
Dziwił się im pan?
- Wcale! Sam przeżyłem horror, kiedy pojechaliśmy z Polonią do Białegostoku. Wszystko miło, fajnie, przyjemnie. Aż nagle Jagiellonia dostała rzut rożny. Patrzę, co oni wyczyniają, i jakby mnie piorun trzasnął! Trener Probierz zarządził, żeby jego zawodnicy grali "szarańczą"! Myśmy zgłupieli, a ja stanąłem jak wryty i nie wiedziałem, co zrobić!
Kto mieczem wojuje...
- ... od miecza ginie. Na szczęście nas wtedy to nie pokarało, ale proszę sobie wyobrazić taką sytuację! Przecież ja nigdy nie uczyłem zawodników, jak się przed "szarańczą" bronić. Ani razu nie wykonałem defensywnego schematu tego zagrania. Aż tu nagle mamy walczyć z czymś, co stworzyliśmy.
A wie pan co by było, gdyby Jagiellonia wtedy strzeliła gola?
- Oczywiście, że wiem. Cała Polska by się ze mnie śmiała. Przecież bramka po "szarańczy" strzelona gościowi, który tę "szarańczę" wymyślił, byłaby absurdalnie komiczna. Sam bym się śmiał - przez łzy.
Przecież skoro poloniści wiedzieli jak atakować, to znali schemat rozegrania tego fragmentu. Nie można było w chwilę zmodyfikować wariantu ofensywnego na defensywny?
- Moi obrońcy nie umieli tego bronić, bo tego nie dało się wybronić! Tak! To było takie ustawienie, że zwyczajnie defensorzy nie mieli pojęcia, gdzie kto pobiegnie. A w związku z tym krycie indywidualne nie istniało. Pozostawało krycie strefą. Tylko jak ustawić strefę, jak w polu karnym nie ma atakujących? Niełatwa sprawa, naprawdę.
Summa summarum Probierzowi się nie udało zaskoczyć Polonii pańską bronią.
- Na całe szczęście wykonał tylko dwa razy róg w taki sposób. Przecież gdyby zrobił to jeszcze ze dwa, to ja bym się z nerwów tam wykończył. No, "zszedłbym" na murawie, przysięgam.
Teraz - po czasie - te wracające wspomnienia są przyjemne, czy wciąż jeżą włosy na głowie?
- Jak najbardziej przyjemne. Tylko bawi mnie jedno - ja przez młodszych widzów nie jestem kojarzony z Wisłą Kraków czy reprezentacją Polski, a właśnie przez "szarańczę". Nie mówię, że to jest złe, ale zwyczajnie zabawne. Nie rozpoznają człowieka z osiągnięć, jakie miał w seniorskiej piłce, a przez wariant rozegrania rzutu rożnego.
Ale przezwiska "szarańcza" pan nie ma. Więc chyba nie jest tak źle.
- Może przezwiska nie, ale ostatnio miałem taką sytuację. Szedł rodzic z dzieckiem po chodziku, zaraz koło mnie. I nagle ten chłopiec spojrzał na mnie, odwrócił się do taty i powiedział - niby szeptem - "tatusiu, to jest ten pan od szarańczy". To jest normalnie szok! Tyle lat grania w piłkę, a bajtle wychwytują tylko jedno. Chociaż przyznam, że tez jest to miłe, mimo swojej zabawności.
Rozmawiał Dawid Jenczmyk
|