|
I gramy, a nie symulujemy, jak większość naszej ligi, zgodnie z zasadą, niech się przeciwnik męczy. Dzieje się to o czym fantazjowałem w ponurych czasach Skowronka. Trener oczekuje odważnej gry, podejmowania ryzyka, bo ryzykowne granie jeżeli się uda przynosi najwięcej pożytku. A jeżeli się nie uda to nie lecimy jak frajerzy pod własną bramkę się bronić, tylko odbieramy piłkę natychmiast dalej ryzykując. Szota jak wszedł miał dokładnie taką sytuację. Był w takiej samej odległości od piłki jak chłop z Pogoni w filozofii Hyballi nie myśli ani chwili tylko atakuje piłkę, nawet jak pierwszy będzie ten z Pogoni to mając na karku przeciwnika nie będzie mógł myśleć o napędzeniu kontry tylko najpierw musi dać sobie radę z atakującym to daje reszcie czas na powrót, ustawienie się czy dalszy atak w celu odzyskania piłki. Ale to jest filozofia Hyballi. Co zrobił Szota? Ano najpierw się przestraszył, że nie zdąży, a skoro nie zdąży to lepiej się cofać pod własną bramkę. Typowa PMS ala Skowronek (patrz ostatnia minuta pierwszego meczu w Szczecinie). Jaki był efekt? Cudem nie straciliśmy bramki bo koleś z Pogoni strzelając z 8 metrów trafił w nogi Szoty. To działo się zaraz po jego wejściu. Dostał zjebkę chyba od Medveda i od tego czasu wyglądał już lepiej. Najlepiej uczyć się na błędach, a niewielu jest takich którzy uczą się na cudzych. Dlatego młodzi muszą mieć okazję coś spieprzyć żeby robili postęp. A reszta drużyny musi być na takie błędy młodości gotowa, wtedy będą i wyniki i szybki rozwój. Hyballa to rozumie, dlatego młodych się nie boi...
|