|
Wygląda na to, że ma miejsce wydarzenie bez precedensu w skali świata. Ludzie mieniący się kibicami Klubu o 112-letniej tradycji, wykorzystując jego trudną sytuację okradali go tak długo, aż ten padł na twarz bez życia.
I nie miejcie złudzeń - część z nas ponosi za to współodpowiedzialność.
A SKWK ponosi odpowiedzialność bezpośrednią.
Przez lata na Reymonta, przy cichej aprobacie większości kibicowskiego środowiska akceptowano żarłoczny kibolski nowotwór, który wykorzystywał święte barwy jak listek figowy dla przykrycia swoich patolskich działań. Nowotwór rósł a ludzie odwracali wzrok udając ślepców lub trywializując problem. A rak toczył kolejne organy aż pozwolono mu zaatakować te, bez których żyć już się nie da.
Upadek trwał kilkanaście lat. Ostatnie dwa lata to tylko ostatnie stadium tego procesu. Sygnałów była cała masa. Nikt nie pisnął słowa. Milczały wszystkie kibicowskie organizacje z SKWK na czele. Dopiero przeciętnej klasy dziennikarzyna z Rzeszowa podniósł larum. I chociaż w sposób daleki od doskonałego, warsztatowo potykając się o własne nogi, to jednak pokazał czarno na białym, co się w tym Klubie dzieje. I co? Zrozumieli wszyscy - miasto, inwestorzy, sponsorzy, piłkarze, cała Polska zrozumiała. Tylko kibice Wisły nie zrozumieli atakując, nie tych co trzeba. Jadczaków, Migów, Majchrowskich, TVNy, Wyborcze - wszystkich tych, którzy akurat NIE ZARZYNALI będącej już wtedy w agonii Wisły. A nad tymi, którzy Wisłę, już wtedy w stanie agonalnym ZARZYNALI roztoczyli rozkoszny parasol milczenia albo radośnie trywializowali skalę problemu.
K...a, co za dramat, że spora grupa kibiców nawet na pogrzebie nie zrozumie co zabiło ich ukochany Klub.
|