|
emj10 - tak się składa, że byłem na Białorusi kilka razy, ostatnio w zeszłym roku. Przez te dwa tygodnie mogłem zobaczyć zarówno Mińsk (w moim odczuciu najlepiej stojące miasto - urzędy stołeczne, IT, przemysł maszynowy) i kilka innych miast. Owszem, na wsi ludzie żyją skromnie, kołchozy pozostają nierentowne, ale umierających z głodu nie widziałem. Część mieszkańców wsch. Białorusi dorabiała sobie jeżdżąc do pracy do Rosji (ale kryzys rosyjski chyba to ukrócił), natomiast zachodnia część upodobała sobie wyjazdy "na polską stronę". Grodno w Białymstoku na zakupach to najbardziej standardowy obrazek przygranicznego handlu. I tak sobie ludzie żyją.
A Łukaszenko? On chorobliwie kocha władzę - dopóki nie włazisz mu w drogę demonstracjami antyrządowymi, to pozwala ludziom jako-tako żyć. Pewnych ruchów jednak nie rozumiem. Wprowadzenie małego handlu przygranicznego pomogłoby tak Białorusi, jak i Polsce. Dwie korzyści. Podobnie jak zaniechanie "darcia kotów" z tamtejszymi Polakami oraz nieliczną, słabą opozycją. Po co te wrogie kroki? Nażal' nie razumieju...
„Chłop pańszczyźniany pracował dla pana feudalnego na początku XVI wieku 52 dni w roku, a później 104 dni. I to był feudalny wyzysk. My na początku XXI wieku pracujemy dla Najjaśniejszej Rzeczypospolitej 164 dni. I to jest sprawiedliwość społeczna” ( R. Gwiazdowski)
|