Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Przez prawie 110 lat nikt nie zrobił dla klubu tyle, co Bogusław Cupiał. Wspierał, wydawał miliony, ale też do bólu rozpieszczał. Dlatego nadchodzi czas, by właściciel wypełnił ostatnie i bardzo trudne zadanie - oddał Wisłę w dobre ręce.
Wizyta u mechanika: - Jeszcze wymieniam świece, a pan mi opowie, co z tą Wisłą i Cupiałem.
Znajomy: - Ale przez kogo to? Holendrzy, Bednarz czy Cupiał?
SMS od zagorzałego kibica Wisły: - Napisz w końcu coś dobrego. Przecież niemożliwe, że jest aż tak źle. A co z "Cupim"?
Żaden polski klub w ostatnich latach nie był tak uzależniony od jednego człowieka. Gdyby satyryk chciał naszkicować dzisiejszą Wisłę, byłby to chwiejący się bocian, który stoi na jednej nodze z napisem Telefonika i za nic nie może złapać równowagi, a w poszukiwaniu wsparcia kłapie dziobem na oślep. Kiedyś prężył się dumnie, był najważniejszy w stadzie, dziś zupełnie sobie nie radzi. Bo Cupiał, gdy miał możliwości, dawał Wiśle wszystko, co miał najlepsze. Ale tym samym rozpieścił ją do tego stopnia, że bez jego pieniędzy klub tylko bezradnie się rozgląda.
Miliony, grube miliony
Dziś zaczyna się sezon ekstraklasy. Czwarty z rzędu, w którym Wisły nie ma wśród faworytów, nie gra w europejskich pucharach, po karnety na jej mecze nie ustawiają się kolejki kibiców. Od lat niezmienna jest jeszcze jedna rzecz: długi. Raz mniejsze, raz większe, ale cały czas determinujące życie klubu. Przy Reymonta od lat z nadzieją zerkają w stronę Cupiała, czy raczej - do jego kieszeni. Bo skoro ratował tyle razy, to może teraz też w końcu pomoże? Tylko że czasy się zmieniły, tak jak sytuacja biznesowa właściciela i klubu. Dla dobra Wisły nie powinien już zachodzić w głowę, w jaki sposób znaleźć miliony na spłatę wierzycieli, ale poszukać człowieka, który dorównałby mu zarówno zasobnością portfela, jak i piłkarską pasją sprzed lat. Kogoś, kto gwarantowałby Wiśle płynność, przedstawił nowoczesny pomysł na klub i nie pozwolił rozmienić wieloletnich sukcesów na drobne.
Dla Bogusława Cupiała Wisła nigdy nie była zabawką czy zachcianką bogatego biznesmena. Nie traktował jej jak kaprysu i klucza wstępu na piłkarskie salony towarzyskie. Dla niego była bardziej jak dziecko, o które dbał, w które inwestował, ale też ślepo mu ufał i rozpieszczał. Często w wychowaniu popełniał błędy, ale nawet największe pomyłki nie przekreślą jednego - żaden człowiek związany z Wisłą nie dał jej aż tyle: osiem mistrzostw Polski, kapitalne mecze w europejskich pucharach i miliony, grube miliony złotych, które nigdy do niego nie wrócą.
Teraz Cupiał musi jeszcze zadbać, by zostały po nim tylko takie wspomnienia, bo nadszedł moment, by swoją pociechę oddał w godne ręce. Zajmuje się nią już 18 lat, więc czas, by się usamodzielniła i zaczęła funkcjonować na nowych zasadach, a nie tylko liczyła na kolejne pożyczki. Potrzebny jej ktoś nowy, kto wprowadzi nowoczesny system działania i pomoże odnaleźć się w rzeczywistości bez ciągłych zadłużeń, które dziś względem samej tylko Telefoniki szacuje się na ponad 100 mln zł.
Siódemka nie pomogła
Niedawno "Puls Biznesu" podał, że zadłużona firma Cupiała szuka pomocy w bankach. Te są skłonne pożyczyć pieniądze, ale pod warunkiem że Telefonika przestanie finansować Wisłę. To kolejny fatalny sygnał dla piłkarskiej spółki. Oczywiście, można liczyć, że przyjdą lepsze czasy, że Wisłę jeszcze stać będzie na mistrzostwa Polski, ale to znów potrwa latami, a już wystarczy, że przez cztery ostatnie sezony klub wegetował. Z każdym rokiem marka Wisły traci, gdy głośno o długach, problemach z licencją, opóźnieniach w wypłatach czy kolejnych przegranych sprawach przed sądami UEFA (w tej instytucji toczą się kolejne rozprawy, które prawdopodobnie zwiększą długi Wisły o kilka milionów).
Już teraz z powodu braku gry w europejskich pucharach krakowianie osuwają się w europejskiej tabeli. Jeśli w tym sezonie znów nie wystąpią w eliminacjach Ligi Europy, o Lidze Mistrzów nie wspominając, to ich tzw. współczynnik wyniesie zero, co oznacza, że rozstawienie będą mieli gorsze niż niektóre kluby z krajów piłkarsko egzotycznych.
Kryzys krakowskiego klubu to jednak nie tylko pusta kasa. To również - jak nietrudno zauważyć - utrata wiary i zapału przez samego Cupiała. Do ilu prezesów przez lata zdążył się zrazić? Z iloma menedżerami, których kiedyś słono opłacał, nie chciałby dziś nawet rozmawiać? I ile jeszcze razy chciałby przeżywać bezskuteczne ataki na Ligę Mistrzów? Do niedawna mógł żyć nadzieją, że szczęśliwe będzie siódme podejście ("siedem" to szczęśliwa liczba Cupiała, który wierzy w numerologię). To dlatego w 2011 r. wpompował miliony w zespół, który jednak nie dał rady APOEL-owi Nikozja. To po tej porażce zaczęło się mówić, że zaważyła nie tylko na finansach klubu, ale też na zaangażowaniu właściciela.
Przerzucanie pieniędzy
Bogusław Cupiał znalazł się w piekielnie trudnej sytuacji. W 1997 r. przejął klub, w którym piłkarze sami musieli robić sobie kanapki na mecze wyjazdowe. Szybko wtedy zbudował drużynę, która potrafiła postawić się Barcelonie, Lazio Rzym czy AC Parmie. Uzasadnione jest więc pytanie, dlaczego teraz miałby to wszystko ot, tak po prostu komuś oddać...
Do tej pory to inni podsyłali mu oferty odkupienia Wisły - Waldemar Kita, biznesmen z Francji, usłyszał cenę zaporową; rozmowy z Wiesławem Włodarskim skończyły się na wypiciu kilku win i ogólnym zarysie ewentualnej transakcji. Dziś Cupiał wysyła tylko nieśmiałe sygnały, że klub potrzebuje pomocy. Ludwik Miętta-Mikołajewicz, poprzedni prezes, dał do zrozumienia, że szef Telefoniki jest w stanie sprzedać część udziałów w klubie, ale każdy, kto przez lata obserwował Cupiała, wie, że w Wiśle nie potrafiłby się podzielić władzą. Za często podejmował decyzje jednoosobowo i pod wpływem impulsu, za wielu do siebie dopuścił doradców, którzy niekoniecznie mieli na względzie dobro klubu. Z Cupiałem nie da się dzielić władzy, bo on sam nigdy nie miał na to ochoty.
Wisła oczywiście może liczyć na znalezienie dodatkowego sponsora, ale życie taką nadzieją to tylko odsuwanie radykalnych rozwiązań, czyli zmiany właściciela. Zarządzany przez Cupiała klub nigdy nie miał ręki do szukania zewnętrznego wsparcia, bo przez lata go nie potrzebował. Gdy na wszystko starczało pieniędzy Telefoniki, dział marketingu mógł sobie pozwalać, by zainteresowanych biznesową współpracą traktować z góry, mówiąc: "proszę pamiętać, że Wisła to marka". Miejsce na reklamę na koszulkach zawodników było więc tak drogie, że ostatni raz wykupiono je pięć lat temu. Podczas gdy wszystkie z liczących się w Polsce zespołów kogoś promują, to wiślacy ciągle biegają z logo Telefoniki, co oznacza, że Cupiał przerzuca pieniądze z lewej kieszeni do prawej. Podobnie było z poszukiwaniem sponsora stadionu. W Warszawie, Poznaniu czy Gdańsku to się udało, ale nie w Krakowie, choć w tym przypadku część winy spoczywa na mieście.
Właściciel Telefoniki nie ma też co liczyć na wsparcie polityków. Nigdy przesadnie nie dbał o ich względy, ale też dziś nie ma się do kogo zwrócić. Śląsk Wrocław otrzymuje pieniądze od Tauronu, Lechia Gdańsk od Lotosu - to spółki skarbu państwa. Wiśle polityczne decyzje tylko odcięły źródło finansowania. W 2009 r. na koszulkach krakowian była firma bukmacherska, ale zniknęła wraz z przyjęciem przez Sejm ustawy antyhazardowej. Gdy dział marketingu Wisły w oficjalnym komunikacie podważył sens takich przepisów, klub zwolnił osoby odpowiedzialne za napisanie tej informacji, bo nikt nie chciał narazić się politykom.
Pole pomocy dla Wisły jest bardzo zawężone. Miało się to zmienić wraz z przyjściem prezesa Roberta Gaszyńskiego, który jest obyty w świecie biznesu. Jego ludzie pracują nad tym od dziewięciu miesięcy, ale rozmowy nie są nawet zaawansowane. Ostatnio odwiedzili jedną z firm, by przedstawić ofertę. W odpowiedzi usłyszeli, że podobne rzeczy opowiadały już poprzednie i jeszcze wcześniejsze władze Wisły, więc jak widać, w tej kwestii w Wiśle od lat zmienia się niewiele, a klub zawieszony w marazmie z roku na rok staje się coraz mniej atrakcyjny.
Jak świetnie wypełnić misję
Cupiał zrobi z Wisłą SA, co będzie chciał, bo to jego klub. Nie wierzę jednak, że jest w stanie stać się kimś takim jak Józef Wojciechowski dla Polonii Warszawa czy Sylwester Cacek dla Widzewa Łódź. W Polonii Wojciechowski chciał się szybko ulotnić z piłki, więc oddał ją Ireneuszowi Królowi, którego na wielki futbol nie było stać, i skończyło się zdegradowaniem klubu z ekstraklasy aż do czwartej ligi. Za to w Łodzi ostatni polski uczestnik Ligi Mistrzów od dawna wydawał się ciążyć Cackowi. Biznesmen nie szukał wsparcia czy zmiany właściciela, tylko bawił się w piłkę bez pasji i coraz mniejszym nakładem finansowym. Efekt? Dziś Widzew się od niego odciął i zgłosił drużynę w czwartej lidze. A przecież finansowo nie takie kluby kulały - Borussia Dortmund kilkanaście lat temu była na skraju bankructwa, z długów nie potrafiło się wygrzebać również słynne Glasgow Rangers.
W Polsce w ostatnich latach właściciela zmieniły Legia Warszawa i Lechia Gdańsk, co wyszło im na dobre. Mimo to część kibiców Wisły obawia się odejścia Cupiała - i trudno im się dziwić. Bo nawet jeśli przestał gwarantować wielkie sukcesy, to nie dał klubowi upaść. Ale też tylko Cupiał jest w stanie sprawić, że właścicielska rewolucja nie będzie rozlewem krwi, ale oddaniem Wisły w dobre ręce. Wówczas nie odejdzie jako przegrany, ale z poczuciem świetnie zakończonej misji. Tego zaś, co przez lata zrobił dla Wisły, nikt nie będzie miał prawa dyskredytować.
ps. wystarczy przeczytać to się dowiesz, czytanie nie boli, no ale fakt... jak prawdziwy kibic nie czytasz "wybiórczego szmatławca" 
Ostatnio edytowane przez Matejas_ : 19.07.2015 o godz. 08:50.
|