|
Problemem nie jest sezon, w którym Wisła grała w LE. Wtedy mieliśmy przychód na poziomie 60 mln i niewielką stratę netto. Za politykę postawienia wszystkiego na jedną kartę zaczęliśmy płacić na poważnie dopiero w 2012. Przychody zaczęły spadać wtedy na łeb na szyję (nie było sukcesu sportowego), a wydatki pozostały na poziomie z 2011. W 2012 przychody spadły już do 32.5 mln (prawie o połowę), co przy pensjach na poziomie 30 mln musiało być finansowym nokautem. W kolejnym roku mieliśmy do czynienia z dalszym ciągiem dołowania, bo wydaliśmy 147% przychodów tylko na pensje i właściwie śmiercią kliniczną.
|