Cytat:
wesz(7)o.com
Po półfinale CLJ: Wisła gromi, Lech szkoli. Ostatni będą pierwszymi...
15 czerwca 2014 - 20:52
Wczoraj, na kolejkę przed końcem, juniorzy młodsi Kolejorza zapewnili sobie mistrzostwo Polski, wygrywając z Górnikiem Zabrze - jedyną drużyną realnie mogącą im zagrozić, gładko, bo 4:1. Gdyby starsi koledzy z CLJ nie dali plamy w Krakowie, w pierwszym półfinałowym starciu przyjmując od wiślaków aż 5:1, co chyba wyklucza ich z dalszej zabawy, szklanka byłaby pełna. Wszyscy ci, których mundial kręci średnio, mówiliby o poznańskim weekendzie. O wielkim triumfie konsekwentnie udoskonalanej akademii. Ale że z odsieczą przyszła akurat Wisła, gdzie akademię najpewniej pomylili z akademikiem, coś logicznie przestało się zgadzać. Dlatego stwierdziliśmy, że oto nadszedł idealny moment, abyśmy wyrazili własne zdanie. Poparte wiedzą, nie zaś emocjami.
Kiedy potrzeba uporu i żelaznej wręcz konsekwencji - jak w długofalowym szkoleniu młodzieży - nie ma drogi na skróty. To znaczy - wielu łudzi się, że ją znajdzie, niektórzy nawet brną w byle co, sądząc, że już im się udało. Tyle tylko, że jedynym "czasoprzyspieszaczem", jeżeli chodzi o efekty, są ogromne nakłady finansowe, na jakie żadnego klubu w Polsce jeszcze długo nie będzie stać. Czyli, można powiedzieć, i to rozwiązanie odpada w przedbiegach.
Wisła - Lech 5:1.
Ładnie daje po oczach, nie? Ale na moment o tym zapomnijmy, by te dwa najstarsze roczniki akademii Kolejorza wziąć za fajny przykład, traktując je razem, jako integralne elementy pewnej spójnej całości. Ca-łoś-ci. Pomysłu, wdrożonego ładnych parę lat temu, na krótko po fuzji Amiki z Lechem. Uczciwa rywalizacja, konkretny, zoptymalizowany i wypracowany plan treningowy, staranne monitorowanie rozwoju nie tylko umiejętności kandydata na piłkarza, lecz również - co w przyszłości może być kluczowe - samego organizmu.
Bajka, bo jest wszystko zbyt cacy - odezwą się krytycy. A u nas nie może być cacy. Nie ma systemu, nie ma pieniędzy, nie ma żadnego zaplecza. No właśnie, z reguły nie ma, ale tam... są. Wszystko jest na porządnym, europejskim poziomie.
Więc skoro wychowankom Lecha brakuje li tylko ptasiego mleka, czemu przyjęli sromotne baty od wiślaków, czyli od chłopaków, których klub ma w dupie? Zanim się nad tym mocniej zastanowimy, czas na krótką retrospekcję. Cofnijmy się o siedem-osiem lat. Amica, z racji posiadania świetnego ośrodka i jak najbardziej wypłacalnego właściciela, inwestuje w młodzież. W jaki sposób? Siła razy gwałt. Sprowadzają hurtowo, na kilogramy reprezentantów Polski w różnych kategoriach wiekowych, chłopaków, którzy uchodzą za duże talenty. Wszyscy razem w juniorskiej poczekalni mają okrzepnąć, by najpierw stworzyć młodzieżowego hegemona, a później raz po raz dostarczać zawodników do pierwszego zespołu.
Ale większość decyzji podejmowana jest na opak. I teraz wróćmy już do teraźniejszości. Tych, którzy wówczas przyszli - poza Możdżeniem - z większą, ekstraklasową piłką łączą dziś jedynie dekodery nc+. Dlaczego? Ponieważ Amica koszarowała u siebie takich gości, co właśnie wtedy - w wieku 16-17 lat - robili swoje maksimum, wyczerpywali potencjał. Zwyczajnie odbijali się od ściany, niekiedy zresztą poznańskich nocnych klubów. We Wronkach, bez treningowego podejścia indywidualnego, szybko osiągali stagnację. Fuzja z Lechem to był dla tej wesołej gromadki dosłownie ostatni dzwonek, by zrobić duży krok naprzód, jednak pech chciał, że trafili akurat na Smudę. Ten zaś korzystał z nich nad wyraz oszczędnie, dlatego z czasem - niczym w "kolejno odlicz" - przepadali jak kamień w wodę.
Akademia Lecha dzisiaj to przede wszystkim praca zindywidualizowana. Po prostu wyciągnięto wnioski z "wielbłądów" Amiki, gdzie wszystkich - bez wyjątków - wrzucano do jednego worka. Kolejorz chce wygrywać, lecz przede wszystkim chce szkolić. Nic za wszelką cenę, a już na pewno nic kosztem czegoś, co ma ręce i nogi.
Linetty, Kownacki, Formella, Bednarek - oni mogliby dziś zagrać w Krakowie, ale przebywają na urlopach. Dostali wolne, ponieważ cały rok występowali w dorosłym Lechu bądź jego rezerwach. Znak czasów, bo jeszcze parę lat temu bankowo musieliby grać. A później kilka dni przerwy, z kopyta prosto na przygotowania do nowego sezonu i seria powtarzających się przeciążeniowych kontuzji... Dokładnie tak to kiedyś wyglądało, niestety.
To przejdźmy teraz do dzisiejszej, sromotnej - przynajmniej na papierze - porażki z Wisłą w CLJ. Czy ona świadczy o tym, że Biała Gwiazda szkoli lepiej i niedługo przekaże większą liczbę zawodników zdolnych do gry na poważnym poziomie? Albo nie, jednak walmy na całość. Podbijamy stawkę: czy ten rezultat świadczy o tym, że jest tam jakikolwiek plan, pomysł, konkret? Cokolwiek? Oczywiście, kibice z Krakowa stwierdzą, że sukcesy - dzisiejszy wynik oraz zeszłoroczne mistrzostwo Polski juniorów młodszych (część obecnej drużyny CLJ) - skutecznie zadają kłam teorii, jakoby w Wiśle brakowało szkolenia.
Ale wcale nie zadają. Jeżeli któryś z tych chłopaków zostanie dobrym piłkarzem, to będzie tak mimo tego, że grał w Wiśle, a nie dlatego, że grał w Wiśle. Subtelna różnica, co?
Z ręką na sercu: wolelibyśmy z Lechem przegrać, aniżeli z Wisłą wygrać. Ogromne brawa dla wiślaków za determinację, za bardzo efektywny rocznik, dla tego filigranowego napastnika Zająca, który w trzech meczach fazy finałowej CLJ wsadził sześć goli - oklaski największe, jednak całą tę ekipę najlepiej zrecenzuje upływający czas. Wszystkie błędy popełnione po drodze wypłyną na wierzch. Góra dwóch ruszy śladami Burligi (piłkarskimi) czy Chrapka, natomiast reszta zgodnie zasili małopolskie klubiki lub znajdzie sobie coś innego do roboty. Jedna jaskółka - jak powszechnie wiadomo - wiosny jeszcze nie czyni, a domy zbudowane bez solidnych fundamentów prędzej czy później kończą jak domki z kart.
Wiślacy zwyciężyli ograniem. Można rzec, że drużyna, ukrywająca się teraz pod kryptonimem "Wisła CLJ" to zaszyfrowana wersja "Wisła II" z całego sezonu. Nie wierzycie?
- czterech podstawowych obrońców - w sumie 88 meczów w rezerwach;
- pięciu podstawowych pomocników - 128 meczów w rezerwach;
- podstawowy napastnik - 27 meczów w rezerwach;
- ledwie dwóch zawodników Lecha w miarę regularnie grało w rezerwach;
- w podstawowym składzie Wisły wystąpiło ośmiu zawodników z rocznika 1995 i jedynie trzech z rocznika 1996;
- w podstawowym składzie Lecha wystąpiło dwóch zawodników z rocznika 1995, siedmiu z rocznika 1996 i dwóch z rocznika 1997.
Jak sami widzicie, różnica jest kolosalna i - chyba nikt nie ma wątpliwości - niepodważalna. Wisła się spięła - to żaden zarzut, wynik idzie w świat, natomiast nikt nam nie wmówi, że teraz to szkolą, aż miło. Co więcej: nikt nie wmówi nam, że Wisła to poziom Amiki sprzed dekady. A Lech? Porażkę przyjął z godnością, dzień wcześniej został mistrzem Polski juniorów młodszych (z regionu Wisły wszedł Hutnik Nowa Huta), zaś najmłodsze roczniki, dzięki specjalnym technologiom treningowym, za jakiś czas wyprodukują paru porządnych piłkarzy.
Tego akurat możemy być pewni, zresztą... przecież właśnie o to w tym "sporcie" chodzi, prawda?
|
    
|