Powiedzmy sobie jedno. Nie ma na chwilę obecnego ani jednego polskiego trenera, który prezentowałby jakikolwiek sensowny warsztat, no może poza Kasperczakiem, ale on to bardziej francuska szkoła, niż polska.
Gdyby taki był, trenowałby pewnie jakąś zagraniczną drużynę. Już nie mówię o wielkich klubach, ale nawet klubach pokroju Energie Cottbus i tym podobnych. Tymczasem polski trener, który wyskoczył z motyką na słońce, spuścił właśnie niemiecki klub do ichniejszej III ligi.
Polska myśl szkoleniowa przestała istnieć w - mniej więcej - 1982 roku. Kropka, szlus.
Wisła, jeśli ma zamiar podnieść się z kolan i powalczyć o Mistrzostwo i LM, musi mieć sztab szkoleniowy z zagranicy. I to niestety dobry sztab szkoleniowy, który kosztuję kasę. Ale jeśli się chce coś wyciągnąć, to najpierw trzeba włożyć. Taka jest zasada nie tylko w sporcie, ale i w życiu
Byle wkładać rozsądnie. Zagraniczny dyplom nie gwarantuje jeszcze sukcesów.
Oczywiście można powiedzieć, że naszego właściciela nie stać na taki sztab. Ok, ja to zrozumie, właścicieli się nie wybiera, podobnie jak rodziców. Ale wtedy musi być też jasno postawiona sprawa, że Wisła nie ma ambicji LM, tylko zwykłego, przeciętnego klubu, który być może raz na kilka lat fuksem zagra w Pucharze Europy.
Ja osobiście nigdy nie zaakceptuje takie mydlenia oczu i to jest między innymi powód, dla którego nigdy nie zaakceptuje największego kłamcy i ściemniacza w ostatniej historii Wisły - JB.