|
Oczywiście, że są "swoi", a w karierze uniwersyteckiej to słowo nabiera jeszcze większego znaczenia. Akurat wspomniana przez Ciebie sytuacja (wierzę, że realna) przypomina mi wczorajsze przypadkowe spotkanie na mieście mojego byłego profesora, który dostał wilczy bilet w Warszawie mimo, że miał spory autorytet, wyrobione nazwisko i nawet wydawało się, że plecy. Poszedł jednak na wojnę z całym wydziałem, nie dostał wsparcia rektora i niestety, ale wylądował na mazowieckim pipidówku, gdzie co prawda objął katedrę, ale naucza nie tego z czego jest najlepszy.
Rozmowa nie kleiła się za bardzo, humor miał raczej minorowy i opowiadał, że na naszych oczach rozwalają Polskę. No cóż poradzić. Podjął wyzwanie, przegrał i nie zbawi świata/uczelni. Przegrał przede wszystkim z układami i układzikami na uczelni, ale przecenił również swoje możliwości oraz zaplecze.
|