JEDREK76
"Zaczadzenie" medialne nie może mnie dotyczyć, ponieważ tv nie oglądam w ogóle, radia również nie słucham. Informacje czerpię z internetu, portali stricte prawicowych, a w największym obszarze z książek. Po prostu przyjmij do wiadomości, że doszedłem sam do takiego wniosku. Co do debat. Jak sam napisałem oglądałem jedną, o drugiej słyszałem. Widocznie kolejne umknęły mojej uwadze. Chwała za to, że się odbyły. Mam nadzieję, że nie były zagraniem PRowskim i powstanie w ich wyniku konkretny program wyborczy. Choć oglądając pierwszą dyskusję i poziom argumentów socjalnych, szczerze obawiam się o formułę tego programu.
"Rodzina na swoim".
Cytat:
|
To ciekawe bowiem ten program jako jedyny dawał szansę na mieszkanie młodym rodzinom na dorobku. Twierdzisz, że to socjalne wynaturzenie? Więc czy lepszym będzie abyśmy dalej pozostawali demograficzną pustynią?
|
Idealny przykład stwierdzenia odwołującego się do tzw. wrażliwości społecznej. Książkowa manipulacja. Prawda jest inna. Powoływałem się już na książkę Frederica Bastiata "Co widać i czego nie widać". Ekonomiści dzielą się na dwa rodzaje. Pierwsi widzą to co "widać", drudzy (ci prawdziwi) dostrzegają dalelokosiężne skutki określonych działań, czyli to "czego nie widać". Na pierwszy rzut oka wszystko jest ok, tak jak wyżej napisałeś. Główne założenie osiągnięte - "to widać". Teraz pochylmy się nad tym "czego nie widać". Dotacja inwestycji obywatela z budżetu państwa niesie za sobą określona skutki. Otóż pieniądze na "dopłaty" muszą skądś się wziąć. Jako, że państwo nie posiada możliwości zarabiania, pobiera pieniądze od obywateli w formie różnorakich podatków. Dlatego ewentualna dopłata nierozerwalnie wiąże się ze zwiększeniem obciążenia podatkowego. Mało tego. Kwota pobrana jest pomniejszona o obsługę transferu tych pieniędzy, czyli pracę urzędnika. Spójrzmy na problem z perspektywy prawa popytu i podaży. Mniej ludzi na rynku, którzy posiadają zdolność kredytową zmusi deweloperów do obniżenia cen. Obniżenie cen mieszkań prowadzi do sytuacji, gdzie dzięki temu więcej osób "załapie się" na kredyt. Dopłaty utrzymują status quo. Korzystają na tym jedynie deweloperzy oraz banki, ponieważ podmioty te nie zostają zmuszone przez rynek do obniżenia pobieranej przez siebie prowizji. Posługując się dalej wspomnianym prawem, można założyć, że dopłaty doprowadzą do zwiększenia cen. Dzięki dofinansowaniu z budżetu państwa więcej osób otrzymuje zdolność kredytową. Zwiększa się popyt na mieszkania, więc...mieszkania drożeją. A jak wiadomo, gdy drożeją znów mniej osób będzie na nie stać. Ekonomii nie oszukamy. Jakie jest rozwiązanie? Ludziom nie należy dawać pieniędzy, lecz NIE zabierać. Jeśli PiS chce, aby polska nie stała się "pustynią demograficzną" powinien zakładać obniżenie podatków, aby pobudzić gospodarkę. Ludziom powinno zostawać więcej pieniędzy w kieszeni. Droga jest tylko jedna - poprzez obniżanie danin publicznych. Gospodarka napędza się dzięki zwiększonej konsumpcji - "to widać". Jednak "matką" konsumpcji jest produkcja - "tego nie widać". Aby móc skonsumować określone dobro najpierw należy inne wyprodukować, zamienić je na środek wymiany dóbr (pieniądz), za który można nabyć to co chcemy skonsumować. Dlatego ekonomiści, którzy mówią tylko o tym "co widać", propagują napędzanie gospodarki przez państwo za pomocą wpompowywania pieniędzy publicznych w gospodarkę, w celu pobudzenia konsumpcji. Ci, którzy mówią o tym "czego nie widać" nawołują do obniżenia kosztów pracy (podatków), aby pobudzić produkcję, która poruszy konsumpcję, a ta gospodarkę. Jak widzisz finansowanie części kredytu przez państwo mija się z celem. Rząd powinien robić wszystko, aby obywatele podnieśli swoją zdolność kredytową (obniżyć podatki). Nie chcę być gołosłowny, dlatego zacytuję Henry'ego Hazlitta z jego "Ekonomii w jednej lekcji": "Kredyt to nie jest coś, co bankier daje człowiekowi. Kredyt to coś, co człowiek już ma. Ma go na przykład ze względu na to, że posiada aktywa o większej rynkowej wartości pieniężnej niż pożyczka, o którą zabiega. Albo ma go dzięki swemu charakterowi i wynikom, które dotychczas osiągnął. Przynosi je ze sobą do banku. Bankier nie daje czegoś za nic. Uważa, ze może być pewny spłaty długu. Po prostu wymienia bardziej płynną postać aktywów - czyli kredyt - na postać mniej płynną".
Cytat:
|
Twierdzisz, że JK dzieli Polaków. Dyskusyjne spostrzeżenie. W jaki sposób to czyni? Zresztą samo stwierdzenie jest dla mnie śmieszne "dzielenie Polaków" czyli co wszyscy mamy być, jak od kalki odbici, mieć jedno zdanie na każdy temat? Rozumiem, że jak ktoś wciąż pluje na Ciebie i Twoją Rodzinę, czy na Twoje poglądy idziesz do niego z gałązką oliwną i przepraszasz za to, że w ogóle Jesteś?
|
Dzieli Polaków swoimi działaniami politycznymi. Jednak chyba słowo "dzieli" nie jest odpowiednie. Odpycha od siebie wszystkich, którzy krążą wokół centrum. Ten wspominany przez Dmowskiego "żywioł". Ludzi, którzy nie wiedzą jak mają zagłosować, są w tym wszystkim zagubieni. Odnoszę wrażenie, że środowisko PiS w jakimś sensie świadomie/nieświadomie gardzi nimi. Samo słowo leminng. Rozumiem, że zostało wprowadzone w odpowiedzi na "moher". Jednak spójrz nawet na ten temat. Każdy kto ma wątpliwości wobec działań PiSu przez pana Drozda nazywany jest "lemingiem". Byłem na spotkaniu z Rafałem Ziemkiewiczem w Ignatianium. Szeroko opisał ten problem. Swego rodzaju brak umiejętności wyciągnięcia ręki do tego "leminga". Pokazania mu, że jego niewiedza nie jest powodem do gardzenia nim. Takich ludzi trzeba ciągnąć za sobą. Natomiast JK po opublikowaniu artykułu Gmyza w "RZ" o trotylu nie czeka na reakcję prokuratury, innych polityków, tylko wychodzi na konferencję o 12 w południe i głosi tezę o morderstwie. Na Boga! Czy tak postępuje polityk, który nie chce dzielić? Pomijam fakt czy tak uważa. To jest polityka i ma trzymać język za zębami i być wyrachowanym. Jeśli nie potrafi tego zrobić niech odejdzie, bo marnuje miliony głosów, topiąc razem ze swoją karierą, partią - również Polskę. Czy w ogóle tak postępuje polityk poważny? Polityka to rodzaj wojny, a do tej aby wygrać wchodzi się jako ostatni. On wtedy o tym zapomniał.
Mam tez zarzut do całego środowiska PiS. Propagowanie lizusostwa i politycznej mierności pokroju Błaszczaka i Hoffmana. Takie miernoty są twarzami PiSu w mediach Dlaczego nie Wipler, Duda, Terlecki?
Przeczytaj post Arapaho, w którym określa PiS tak:"Owszem można marzyć o szklanych domach ale życie jest o wiele bardziej brutalne. Na dzisiaj zdolna do tego jest jedna partia i każdy kto chce zmian gruntownych w charakterze państwa jest -jakkolwiek by to nie zabrzmiało-zobowiązany do jej popierania." PiS gubi się na myśleniu o sobie w kategoriach jedynych zdolnych do obalenia rządu Tuska. Nawet jeśl tak byłoby (i jest) to prowadzi to do minimalizmu. Braku realnych działań mających na celu przyciągnięcia niezdecydowanych do siebie. Obrazowo opisał to RAZ:" Kaczyński już dawno przestał być politycznym liderem, od którego oczekuje się skuteczności i którego rozlicza się z efektów. Dla Polaków skupiających się przy biegunie patriotycznym stał się człowiekiem symbolem. Domniemanym mesjaszem, który cierpi za nas, jest atakowany i poniżany, bo jest taki jak my, bo uosabia to, co dla nas najdroższe i co w nas najlepsze. Polskie życie publiczne zawsze opierało sie na emocjach, sytuacja postkolonialnego rozdarcia sprzyjała ich zaostrzeniu, ale po Tragedii Smoleńskiej uległy one już takiemu nasileniu, że na długi czas sytuacja stała się całkiem niereformalna".