Wyświetl pojedynczy post
Pablo84
Senior Member
 
 
Od: 03.2004

Offline

Ignoruj użytkownika Pomoc
#19798
Stary 06.11.2012, 14:22
Warto w tym kontekście powtórnego pogrzebu Ryszarda Kaczorowskiego przypomnieć nieobecność Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego na pogrzebie Vaclava Havla. W czeskich kręgach opiniotwórczych pojawiła się opinia, że powodem tej absencji było zaangażowanie się Havla w akcję pozbawienia Władimira Putina prestiżowej niemieckiej nagrody Kwadryga.

Podczas powtórnego pogrzebu śp. prezydenta II RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie zabrakło najważniejszych przedstawicieli dzisiejszych władz Polski: prezydenta, premiera, marszałków sejmu i senatu.

I kto tu zdał egzamin?
Warto przypomnieć, że na jego pierwszym pogrzebie w 2010 r. byli i Bronisław Komorowski, i Donald Tusk, i Bogdan Borusewicz. Wtedy jednak wszyscy oni powtarzali jednogłośnie, że w obliczu tragedii smoleńskiej „państwo zdało egzamin”.

Dziś, dwa i pół roku po tamtych wydarzeniach, przekonujemy się coraz boleśniej, że państwo ten sprawdzian oblało na całej linii, zaś przedstawiciele władz (vide: Ewa Kopacz) publicznie wprowadzali obywateli w błąd. Jednym ze skutków „zdanego egzaminu” stał się skandal z pomyleniem zwłok osób poległych w Smoleńsku oraz konieczność ponownych pochówków.

Powtórny pogrzeb ostatniego prezydenta na uchodźstwie był dla rządzących obecnie naszym krajem okazją, by przeprosić bliskich zmarłego oraz rodziny innych ofiar smoleńskich za kompromitację związaną z błędną identyfikacją zwłok. Tym bardziej że – jak wynika z oświadczeń córek prezydenta Kaczorowskiego – władze już cztery dni przed pierwszym pochówkiem wiedziały, że w trumnie znajduje się inne ciało. Nie zrobiono jednak nic, by zapobiec tej makabrycznej sytuacji.

Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać się do zaniedbań, zarówno prezydent, jak i premier nie zjawili się na pogrzebie. Pierwszy wybrał się w Tatry, drugi przebywał w Singapurze. Doszło więc do tego, że rodzinę zmarłego prezydenta za bolesne doświadczenia, jakich przysporzyło jej w ostatnim czasie państwo polskie, przepraszać musiał bp Antoni Dydycz.

Niewygodna tradycja
Ta bijąca w oczy nieobecność ma jeszcze jeden wymiar – pokazuje ostentacyjne lekceważenie ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie, a zarazem elementarny brak szacunku dla ciągłości i tradycji państwa polskiego.

Do tej samej kategorii zdarzeń świadczących o lekceważeniu historii własnego narodu należy niedawna decyzja sejmowej komisji kultury, która głosami posłów PO odrzuciła wniosek, by rok 2013 ogłosić Rokiem Powstania Styczniowego. Okazją miała być 150. rocznica tego wydarzenia.

Czyżby powód tej decyzji był taki sam, jak w 2011 r. w wypadku wycofania się z uroczystości 400-lecia hołdu ruskiego (w 1611 r. przebywający w polskiej niewoli bracia Szujscy – w tym zdetronizowany car – złożyli homagium Zygmuntowi III Wazie)? Pierwotnie planowano wówczas zorganizowanie obchodów na Zamku Królewskim oraz konferencji naukowej. Na skutek oporu kancelarii Bronisława Komorowskiego zrezygnowano jednak w ogóle z jakichkolwiek ceremonii. Powód był oczywisty: nie wolno drażnić Rosji.

Doradca prezydenta Tomasz Nałęcz tak tłumaczył jeden z największych triumfów w dziejach Rzeczpospolitej: „Co mamy przypominać? Fatalną politykę wobec Rosji? Kto chce, to pamięta, ale nie sądzę, żebyśmy musieli organizować państwowe obchody. (...) nie sądzę, by prezydent Bronisław Komorowski chciał wpisać tę datę do naszego ścisłego panteonu, bo to jest data związana z zachowaniami Rzeczypospolitej, których na piedestał wynosić nie powinniśmy”.

Dziś okazuje się, że kolejnym wydarzeniem, którego nie powinniśmy wynosić na piedestał, jest powstanie styczniowe. Angażowanie autorytetu państwa w rocznicę tego wydarzenia kłóci się najwyraźniej z „polityką miłości” proklamowaną w stosunkach z Rosją.

Zagadkowa nieobecność
Sprawa ta przypomniała mi inną sytuację związaną z nieobecnością Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska na pewnym ważnym pogrzebie. W grudniu ub.r. odbyło się w Pradze uroczyste pożegnanie Vaclava Havla, na które przybyło wielu czołowych polityków z całego świata. Byli wśród nich urzędujący przywódcy wszystkich krajów sąsiadujących z Czechami – wszyscy z wyjątkiem przywódców Polski.

Kiedy wkrótce potem znalazłem się w Pradze, sprawa ta nadal nie dawała spokoju czeskim publicystom, z którymi wówczas się spotykałem. Wciąż wracali do pytania, dlaczego ani Donald Tusk, ani Bronisław Komorowski nie znaleźli czasu, by pożegnać tak ważną postać i tak wielki autorytet, jakim był Havel. Tym bardziej że wcześniej do Krakowa na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego – mimo „zamkniętego nieba” nad Polską – zdołał przybyć prezydent Czech Vaclav Klaus.

Moich czeskich rozmówców nie przekonywały tłumaczenia, że Tusk był w tym czasie z wizytą w Afganistanie, a Komorowski cierpiał na ból gardła po powrocie z Chin. Traktowali to jako wymówkę. W końcu podzielili się swoją teorią, która – jak powtarzali – jest brana na serio w czeskich kręgach opiniotwórczych. Otóż powodem zagadkowej nieobecności polskich przywódców miał być fakt, że miesiąc przed śmiercią Vaclav Havel zaangażował się w akcję pozbawienia Władimira Putina prestiżowej niemieckiej nagrody Kwadryga.

Warto przypomnieć, że jurorzy z Niemiec postanowili uhonorować wówczas Putina wyróżnieniem, które wcześniej otrzymywali m.in. Anna Politkowska czy Siergiej Kowaliow. Decyzji tej sprzeciwił się Vaclav Havel – laureat tej nagrody z 2009 r. – który zagroził, że zwróci wyróżnienie, jeśli dostanie je Putin. Jury ugięło się i nagrody nie przyznano. Rosyjskie media pisały wtedy, że akcja czeskiego polityka wywołała wściekłość dzisiejszego gospodarza Kremla.

Prawdę mówiąc, nie dałem wiary interpretacjom moich praskich rozmówców. Uderzyło mnie jednak coś innego – że przedstawiciele czeskich elit są w stanie rozpatrywać takie wytłumaczenie jako możliwe i prawdopodobne. Jakie zdanie muszą oni mieć o naszych władzach? A z drugiej strony: jakiej oceny można spodziewać się od innych, skoro my nie szanujemy samych siebie?